Trzeci bliźniak. Ken Follett.

IMG_3601Ken Follett znany był mi jako autor „Filarów ziemi”, jednak to nie jego najsłynniejsze dzieło zachwyciło mnie, lecz wspaniała trylogia Stulecie. Po „trzeciego bliźniaka” sięgnęłam nieco sceptycznie, nie nastawiałam się na coś lepszego niż trylogia, aczkolwiek z nadzieją, na dobrą lekturę. I tak się stało.

Jeannie Ferrami, psycholog prowadząca na Jones Falls University badania naukowe w dziedzinie genetyki, dokonuje zaskakującego odkrycia. Odnajduje jednojajowych bliźniaków urodzonych przez różne kobiety. Jeden jest groźnym przestępcą, drugi, Stewen Logan wydaje się wzorowym obywatelem… Jeannie trafia na ślad tajnych eksperymentów medycznych prowadzonych w czasach zimnej wojny, jednak ktoś obawia się prawdy i próbuje jej przeszkodzić. Stawka jest wysoka, chodzi o miliony dolarów oraz sięga na wysoki szczebel polityki…

Zaczęło się ciekawie, ale dość przewidywanie, miałam wrażenie, że nawet sam tytuł zdradza treść i rozwiązanie w książce. Tak było przez jakiś czas, jednak w pewnym momencie akcja nabrała tempa i zaskakujących zwrotów, działo się tak wiele, że z zaskoczeniem patrzyłam jak kartek ubywa. Sensacja, ukryta intryga, do tego wiarygodni, świetnie nakreśleni bohaterowie w bardzo dobrze napisanej książce. Czytałam ją z wielką ciekawością i przyjemnością, i nadal mam ochotę wracać do książek tego autora.

Minusem może się wydawać rozbieżność między czasem w którym książka została wydana (1996 rok) a obecnym. Badania naukowe zawarte w treści książki i stanowiące jej fundament, w obecnych czasach nie trącają już fantastyką. Nie zmienia to faktu, że to świetna sensacyjna lektura. Ja polecam :-)

8/10

Ogród letni. Paullina Simons

Trylogię o Tatianie i Aleksandrze rozciągnęłam na przestrzeni ponad roku, tyle książek prosi się o przeczytanie, że czasem tak się dzieje. Pierwsze dwie części pochłonęłam błyskawicznie, chce się czytać i żal, że kartek ubywa. Sięgając po IMG_3557 (2)„Ogród letni” wydawało mi się, że nie może być tak dobra jako trzecia, ostatnia część, ponieważ wszystko co zawierało największe emocje, pełen dramatyzm przeżyć bohaterów, zostało już ujęte, było, minęło. Cóż można napisać po tylu niesamowitych, dramatycznych przeżyciach, po trudnych kartach historii tych obojga, podczas wojny w Rosji, oblężonym Leningradzie, wędrując przez ogarniętą wojną Europę. Druga część zakończyła się szczęśliwie, oboje wyrwali się z piekła, dotarli do Ameryki, czyli do samego raju. Nie spodziewałam się kolejnej porcji niesamowitych wrażeń, może dlatego tak zwlekałam z ostatnią częścią, a jednak jak bardzo byłam w błędzie. Czym jeszcze mogła mnie zaskoczyć autorka? Uwierzcie mi, zaskoczyła :-)

Książka wciąga i zadziwia od samego początku, nie zaczyna się sielanką. Właściwie zawsze denerwowały mnie filmy, które sugerowały, że po dramatycznych przeżyciach bohaterowie prowadzą szczęśliwe życie, bo przecież trauma zawsze zostaje. Paullina bardzo trafnie pokazała nam człowieka owładniętego wstrząsem pourazowym. Pokazała wspaniale mężczyznę powojennego, wychowanego w Rosji, zazdrosnego żołnierza, który przeżył wojnę, jednak nie potrafi powrócić do normalnego, spokojnego życia. Sylwetki bohaterów autorka doskonale dopasowała do powojennych czasów. Denerwowało mnie czasem ich zachowanie, jednak wiem, że bardzo pasuje do sytuacji i miejsca. Z pewnością pochodzenie Paulliny, (urodziła się w Leningradzie), oraz losy jej dziadków, graja kluczową rolę w odzwierciedleniu tak bliskiej realności historii. Czułam prawdę zawartą w tych niesamowitych wydarzeniach. Prawdę, iż wojna nie znika wraz z jej końcem, ona zostaje w życiu na zawsze, mało tego przechodzi na następne pokolenie…

Dokładnie tak jak poprzednie części i tę czytałam z zapartym tchem. Uwielbiam takie książki, od których nie można się oderwać i czeka się cały dzień na tę jedną chwilę, spokojną chwilę z książką :-)

Trudno powiedzieć, czy sięgnę po inne książki Paulliny Simons, nieco zraziłam się po „Samotnej gwieździe”. Z pewnością i radością jednak, trylogię; „Jeździec miedziany”, „Tatiana i Aleksander”, „Ogród letni”, ustawiam na półce ulubionych książek i rozpiera mnie duma, że mogłam poznać Paullinę osobiście :-)

10/10

 

 

 

 

 

Przeżyłam Oświęcim. Krystyna Żywulska

IMG_3475Krystyna Żywulska urodzona w 1914 roku, zmarła w 1993, polska pisarka, felietonistka, pisała teksty satyryczne dla Ireny Kwiatkowskiej czy Hanki Bielickiej… do czasu, gdy dostała od władz PRL bilet w jedną stronę i już do śmierci mieszkała w Niemczech. Wydała dwie książki, tę i „Pustą wodę” napisaną dwadzieścia lat po wojnie, oraz wydała tomik wierszy, które pisała w Oświęcimiu. Ale to było po tym jak przeżyła Oświęcim… a wcześniej, co było wcześniej? Krystyna urodziła się jako Żydówka, jej prawdziwe nazwisko to Sonia Landau, udało jej się wydostać z warszawskiego getta i zmienić personalia. Trafiła do więzienia na Pawiaku a potem została wywieziona do Oświęcimia, jednak nie jako Żydówka, ale jako więzień polityczny za działalność w ruchu oporu. Przeżyła jako Polka, jako Żydówka nie miałaby szans.

W obozie zagłady przeżyła ponad dwa  lata, cud za cudem, wyrywał ją z ramion śmierci, która rozgościła się tam na dobre, którą się widziało, czuło i słyszało dookoła. Pojawiała się w nocy po cichu tuż obok na twardej pryczy, słyszało się ją przez całą noc gdzieś w oddali, potykało się o nią na każdym kroku maszerując równo piątkami. Głód, zimno, upał, wyczerpująca praca, tyfus, kaprysy SS – manów, nigdy nie wiadomo czy obudzisz się rano, dokąd cię zaprowadzą, czy przetrwasz kolejny dzień.

Książka napisana bardzo dokładnie, dogłębnie dociera do emocji czytelnika i przekazuje obraz prawdziwy, poruszający. Krzyczy – nie zapomnij! O dziewczynce, o pięknych czarnych włosach, która szła do komory gazowej skacząc na skakance… o małym pociesznym Wasiliju, który rozśmieszał nawet niemieckich żołnierzy… o niemowlęciu, które przeżyło komorę gazową bo ssało pierś matki… o wszystkich, którzy tam byli chociaż tylko na chwilę, przyjeżdżali bydlęcymi wagonami śmierci wiele nawet tysięcy kilometrów tylko po to, by zginąć. Autorka „zwymiotowała” , jak to nazwał jej syn, tą książką zaraz po wyjściu z obozu, dzięki temu potrafiła potem normalnie żyć. Wspomnienia zawarte w książce pełne są niezwykłego realizmu, w pełni oddają dramatyzm tamtych chwil. Zawierają wiele wspomnień o ludziach spotkanych, którzy pojawili się na chwilę, którzy nie mają imienia, których ślad istnienia urwał się właśnie tam, których egzystencji była ostatnim świadkiem. Ma się nieodparte wrażenie, że autorka usilnie pragnie zaznaczyć jakiś szczegół, jakiś dowód bytu tego bezmiaru istnień. Krystyna po ciężkiej chorobie została przeniesiona do podobozu w Brzezince, dostała bonus od losu, pracowała pod dachem. Paradoksalnie przyjmowała transporty więźniów, którzy byli segregowani do pracy lub komory gazowej. Praca pod dachem opłacona bolesnym widokiem tysięcy ludzi, bezwiednie prowadzonych na śmierć. Około 80% ludzi przybyłych do obozu, poniosło śmierć od razu, czyli szli prosto do komór gazowych. Krystyna dotrwała do końca wojny, lecz jakby tego było mało oprawcy pognali „szczęściarzy”, których nie zdążyli zgładzić w obozie, marszem śmierci wgłąb Rzeszy. Było to w styczniu 1945 roku. Jak wiadomo dotarli jedynie do Wodzisławia Śląskiego, mimo to marsz ten pochłonął około 15 000 ofiar, 25 % tych, którzy wyruszyli. Książka, którą czytałam została wydana w 2012 roku. Wcześniejsze wydania przechodziły peerelowską cenzurę i wiele fragmentów zostało zmienionych lub pominiętych, co jest zaznaczane w tym wydaniu. To również ciekawa lekcja historii.

Z pewnością to jedno z najlepiej napisanych wspomnień z czasów II Wojny Światowej. Jestem zaskoczona, że książka ta wcześniej nie wpadła w moje ręce. Jeśli ktoś interesuje się tym tematem, to pozycja obowiązkowa. Zdecydowanie też poleciłaby ją młodemu pokoleniu, jako prawdziwe, rzeczowe świadectwo zawierające przejrzysty, nieludzki obraz ciemnej strony, najgorszej możliwej strony człowieczeństwa…

10/10

 

Podsumowanie 2016 roku

IMG_3468W zeszłym 2015 roku, podjęłam się słynnego wyzwania przeczytania 52 książek. Udało mi się, nigdy wcześniej nie czytałam aż tyle i nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytam w jednym roku. Uznaję więc to za za sukces, dumę i radość. Zaczynając jednak rok 2016, założyłam z góry, że nie chcę przeczytać określonej ilości książek, chciałam czytać w spokoju, skupieniu, czerpiąc z tego maksimum przyjemności, robić to tak jak lubię, czyli delektować się książką. Sięgać po opasłe tomiska i robić sobie przerwy na chwilę.

Rok 2016 zaczęłam drugą częścią  ”Jeźdźca miedzianego” Paulliny Simons, w przyszłym pewnie przeczytam ostatnią. Niesamowitym przeżyciem i wydarzeniem dla mnie było oczywiście spotkanie z samą Paulliną, która w fascynujący sposób opowiadała o tym jak zdobywa natchnienie do pisania, jak wielki wpływ na jej twórczość ma jej dzieciństwo i pochodzenie. Niezapomnianym przeżyciem było zamienić z Autorką parę słów oraz zdobycie autografu. Skusiłam się również na „Samotną gwiazdę”, najnowszą powieść z akcją umiejscowioną również w Polsce, nie zachwyciła mnie co prawda, ale to zawsze ta wspaniała Paullina :-)

Potem odważyłam się na „Imię Róży”, do której przymierzałam się jakiś czas i akurat w trakcie czytania nadeszła wiadomość o śmierci autora… Następnie Ken Follett i jego trylogia Stulecie. Niesamowita skarbnica wiedzy na temat poprzedniego stulecia, niesamowici bohaterowie, galopująca akcja, aż trudno uwierzyć, że to właśnie historia. Obiecuję sobie, że w następnym roku sięgnę ponownie po dzieło Folletta, może to będzie „Trzeci bliźniak”, może „Igła” zobaczymy, sama jestem ciekawa ;-)

Nie mogło zabraknąć moich ulubionych już pisarek. Charlotte Link poznana i pokochana przeze mnie w zeszłym roku, jedyną pozycją po którą sięgnęłam w bieżącym, ale za to jedną z lepszych autorki oraz z tych przeczytanych, była „Lisia dolina”. Thriller, który trzyma w napięciu i jak żadna inna pozycja przyprawia o gęsią skórkę…mam nadzieję, że w kolejnym roku również nie zabraknie jej książek w moim zestawie.

Jeśli chodzi o zawody, był jeden, dość wielki. „Alchemik” Paulo Coelho. Autor jak i tytuł krążył w mojej głowie jakiś czas, chęć przeczytania pobudzana wspaniałymi cytatami pisarza wzmagała się przez jakiś czas, by w końcu niestety zawieźć, zostawić po sobie rozczarowanie. Historyjka z morałem, może parę dobrych cytatów, ale zupełny brak emocji, przyspieszonego bicia serca, tego, czego oczekuję czytając…Nawet nie potrafiłam napisać recenzji…

Byli i polscy autorzy a jakże, wciąż szukam dobrych, naszych, bo wiem, że pojawiają się coraz lepsi a ja do tej pory na takich nie trafiałam. Jeśli ktoś lubi sagi rodzinne, ja jak się okazało lubię ;-) , polecam Zbigniewa Zborowskiego i „Trzy odbicia w lustrze” pierwszą część. Druga to „Pąki lodowatych róż”, którą mam w planach ponieważ pierwsza zostawiła po sobie świetne wrażenie. Zaskoczyła mnie mnogość emocji, które wywołała we mnie ta książka. Dlatego druga część obowiązkowa :-)  No i słynny ostatnio Remigiusz Mróz. To było tak…jakiś czas temu moje czytelnicze oko wypatrzyło Parabellum. Powieść historyczna, wojna, moje klimaty. Brnąc dalej odkryłam, że są trzy części i że niestety pierwsza jest nie do zdobycia, chyba że w abstrakcyjnej cenie 100 zł. Cóż było robić, odpuściłam sobie na jakiś czas. W międzyczasie Mróz stał się sławny i był dosłownie wszędzie, gdzie mówiło się o książkach. Gdy wróciłam do polowań na pierwszą część Parabellum, odkryłam kto jest autorem. Wtedy to zapragnęłam jej jeszcze bardziej ;-) . Cierpliwość popłaca, w końcu ją zdobyłam, a dokładnie to zdobyła ją dla mnie moja kochana siostra, która dobrze wie, co to znaczy chcieć książkę ;-) Parabellum okazało się wielką ucztą i było udanym początkiem spotkań z twórczością Remigiusza Mroza. Niezwykle rozochocona sięgnęłam po kolejna jego książkę, ale nie po te najbardziej sławne, bo przecież ja zwykle omijam wszystkie kryminały szerokim łukiem. Padło na jedną z najnowszych pozycji, ale również muśniętą historią „Świt, który nie nadejdzie”. I tu się zatrzymałam, to już nie było to…ale o tym będzie w recenzji jeśli powstanie ;-). Pomimo to Parabellum uważam za świetne dzieło!

No i reportaże, które uwielbiam, jednak muszę mieć odpowiedni nastrój, gdy po nie sięgam. Zauważyłam, że sięgam po dane gatunki zależnie od potrzeb, które rodzą się z nastroju. Do reportaży muszę mieć czas, spokój, dobre nastawienie, czyli najlepiej z początku roku, albo w wakacje ;-) Była w tym roku również Swietłana Aleksijewicz. Ubóstwiam jej styl pisania. Pisząc pokazuje niesamowite obrazy, ludzi zmagających się z niełatwą rzeczywistością. Stajemy z nimi twarzą w twarz, czujemy ich ból, rozumiemy ich. W magiczny sposób pokazuje nam historię pominiętą. „Czasy secondhand”, po jej przeczytaniu w głowie miałam obrazy bohaterów, których niewiarygodne historie długo nie dały się zapomnieć. Następną będzie „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, już czeka na półce. Z polskich reportaży przeczytałam „Polska odwraca oczy” Justyny Kopińskiej, świetna pozycja, obraz Polski w historiach, o których czasem wolelibyśmy nie wiedzieć, albo gdy się wydarzały ludzie właśnie odwracali oczy. Drugim reportażem polskiego autora były „Wszystkie wojny Lary” Wojciecha Jagielskiego. Temat niełatwy, choć aktualny ukazujący początek obecnych wydarzeń w Europie, jak bardzo nieświadomi byliśmy lawiny wydarzeń, które zapoczątkowały błędne koło świętej wojny.

Niezwykle trudno jest mi wybrać jedną książkę i uznać za najlepszą z przeczytanych. Cały rok uważam za bardzo udany pod względem czytelniczym. Najwięcej emocji i zadowolenia dostarczyły mi: „Wyznania Gejszy” Arthur Golden, trylogia Stulecie Kena Folletta oraz Parabellum Remigiusza Mroza.

Życzę wszystkim i sobie coraz lepszych lektur w kolejnym roku. :-)

Parabellum. Remigiusz Mróz.

„Mimo to czuł, że z otchłani, w której się znalazł, nie ma już ucieczki. Choćby poruszał się z prędkością światła.

„Minął horyzont zdarzeń i zbliżał się do miejsca, z którego nie było powrotu.”

„Serce załomotało mu nierówno w klatce piersiowej, gdyż uświadomił sobie, że to już koniec. Znalazł się w samym środku mroku, otoczony jego osobliwą głębią.”

IMG_3377

Parabellum jest podzielone na trzy części i najlepszym rozwiązaniem jest przeczytać je wszystkie od razu, bo tak bardzo są ze sobą powiązane. Sam autor powiedział, że napisał je jednym tchem. Jestem bardzo ciekawa, czy kolejne książki Mroza również przypadną mi do gustu, bo cóż mogę powiedzieć, jestem dopiero na początku jego twórczej drogi. Z pewnością stwierdzam, że pisze z pasją, że pomysły wychodzą z jego głowy hurtowo, a on spiesznie je zapisuje, by nic nie umknęło. Trzecia część -”Horyzont zdarzeń”- ku mojemu wielkiemu zadowoleniu okazała się najgrubszą częścią i chyba najwięcej się tam działo, było najwięcej niespodziewanych zwrotów akcji. Autor zaskoczył mnie umieszczając szeroki wachlarz miejsc i zdarzeń w krótkim, bo półtorarocznym czasie. Świetnie poradził sobie również z dialogami, udało mu się oddać twardy język wojskowy jak i szlachetny, poczciwego, starego ziemianina. Przypadł mi również do gustu humor, który towarzyszy bohaterom, i który wcale nie kłóci się z dramatyzmem wojny. Zakończenie…już wcześniej słyszałam, że jest kontrowersyjne, powiedziałabym -pozostawia niedosyt. Dość wielki. Jednak wojna nie kończy się wraz z akcją Parabellum, wojna tak na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Spotkałam się już z książkami, które były tak świetne, że zakończenie nie spełniające naszych oczekiwań, nie stanowiło ujmy całości. Tak jest i w tym przypadku, czytało się tak dobrze, że przyjmujemy zakończenie z pokorą, choć pozostaje wrażenie, że sam autor mógłby jeszcze pisać i pisać…

Akcja trzech części rozgrywa się w pierwszym roku wojny. Bohaterowie to bracia Zaniewscy; Bronek i Staszek, Maria narzeczona Staszka, oraz Christian Leitner oficer SS, a także brutalny Johann Blankenburg i wiele innych nie mniej ciekawych postaci. Losy niemieckich żołnierzy splatają się z losami Polaków w dramatycznych sytuacjach i ukazują nam czytelnikom różne perspektywy wojny. Wojna oczami żołnierza, cywila, czy kapitana obcego kraju. Podążamy za bohaterami, którzy błąkają się po Europie a nawet Azji, dokąd to rzuca ich wojenna zawierucha. Ich losy i przygody są fascynujące, często przesycone dramatyzmem, wiele razy stają na progu życia i śmierci. Obserwujemy tragiczne życie w obozie koncentracyjnym w Mauthausen, czy obraz innych krajów Europy, mniej lub bardziej odczuwających skutki wojny. Akcja tylko w pierwszej części rozgrywa się w Polsce, pozostałe pokazują tułaczkę po świecie świadomą lub przymusową. Bohaterowie zmieniają się pod wpływem przeżywanych zdarzeń, zmienia się także obraz Europy.

Autor nadaje opisywanym zdarzeniom niesamowitego tempa. Nieprzewidywalność oraz intensywność zdarzeń,wystawia na próbę nasze emocje. Takie książki lubimy, nie ma tu miejsca na nudę. Jest to zupełnie inna książka o II Wojnie Światowej, niż do tej pory czytałam, nie są to obrazy przedstawiane oczami świadków, pomimo to, widać wyraźnie solidne przygotowanie się autora do szczegółów, by całość była tak wiarygodna jak jest. Polecam Parabellum, nie tylko dla lubiących historię, ale dla tych, którzy lubią literaturę pełną wrażeń i emocji. Ja z pewnością będę czytać Mroza dalej…;-)

10/10

„Wyznania gejszy” Arthur Golden

IMG_3373Do tej pory Japonia i jej kultura nie zdołała mnie zaciekawić. W zeszłym roku męczyłam się przy czytaniu pewnej powieści i nie miałam zamiaru ponownie się tam wybierać, lecz moja siostra, również zagorzała czytelniczka zapewniała, że tę książkę muszę przeczytać. Tak polecona, długo nie leżała na półce, długo również nie trwało pochłonięcie jej przeze mnie, więc teraz ja polecam ją dalej w świat jako świetną lekturę.

Arthur Golden jest  historykiem sztuki specjalizującym się w sztuce Japonii. Przebywając w Tokio nawiązał liczne znajomości, w tym z jedną z najsłynniejszych gejsz tamtych czasów. Na podstawie rozmów i wspomnień Mineko Wasaki napisał tą książkę. Słynna gejsza jednak zastrzegła sobie prawo, by książka ukazała się dopiero po jej śmierci. Na podstawie powieści powstał również film o tym samym tytule.

Akcja zaczyna się w 1929 roku. Dziewięcioletnia Chiyo zostaje sprzedana do szkoły gejsz w Gion. Przechodzi trudne chwile, gdyż nauczycielki oraz opiekunki bywają okrutne. Szczególnie znęca się nad nią główna gejsza Hatsumomo przepełniona nienawiścią i zazdrością o urodę Chiyo. Dziewczynka jest samotna, nieszczęśliwa i myśli jedynie o ucieczce. Następuje jednak zwrot w jej życiu, gdy dostaje nową opiekunkę „starszą siostrę” , która wkłada wielki wysiłek i troskę w przygotowanie dziewczynki do roli gejszy. Przyszłe gejsze uczą się przede wszystkim umiejętności artystycznych i społecznych. Małe kandydatki na gejsze nie wiedziały nic o świecie, w który wkraczały, postrzegały go jako piękne, ciekawe i uprzywilejowane życie. Chiyo przeradza się w młodą gejszę Sayuri i stopniowo wchodzi w świat bogatych, wpływowych mężczyzn, politycznych intryg i rywalizacji. Świat gejsz  z pozoru szczęśliwy, kolorowy, lecz w rzeczywistości pełen wyrzeczeń, poświęceń, dwulicowości oraz bólu niechcianej egzystencji. Piękna gejsza znajduje jednak swój cel, który dodaje sił w zmaganiu z codziennością, jest to miłość do pewnego Prezesa. Spełnienie jej jest mało prawdopodobne i zbieg zdarzeń coraz bardziej oddala ją od obiektu westchnień, młoda kobieta jednak nie poddaje się, pomimo tego, że jako gejsza nie ma dużego wpływu na swoją przyszłość. Wybuch wojny zmienia Japonię, zmienia fascynujący świat gejsz…

Niezwykła orientalna opowieść  pokazuje nam świat, który istniał od wieków, lecz nie był dostępny dla widzów spoza niego. Niesamowicie wciągająca historia jednego życia, innej kultury, pragnień, które są niezmienne bez względu na czas i miejsce. Autor swobodnie prowadzi nas przez japońskie zwyczaje i tradycje. Akcja rozwija się szybko i pod koniec przyspiesza. Czytałam z zapartym tchem, to była świetna odmiana, zmiana klimatu w moich ostatnich lekturach, fascynująca daleka podróż. Chętnie też obejrzę kiedyś film.

10/10

Parabellum część I. Prędkość ucieczki. Remigiusz Mróz.

IMG_3255Remigiusz Mróz jest obecnie bardzo rozchwytywany a dokładniej jego powieści. Wszędzie, gdzie się mówi lub pisze o książkach, napotykamy na tego pisarza. Pisze bardzo dużo i podobno niesamowicie ciekawie. Słyszałam nawet stwierdzenie, że do jego książek powinien być w zestawie regał ;-) Skoro tyle się słyszy o książkach tego młodego pisarza, to nie można przecież przejść obojętnie obok tylu polecanych tytułów. No ale kryminały?  :roll: Czytam i owszem, ale rzadko przecież i to pieczołowicie wybrane. Z drugiej strony nigdy nie wiadomo czy dany kryminał okaże się krwistym kryminałem, czy może bardziej thrillerem, albo powieścią sensacyjną a to robi wielką różnicę. Dlatego zanim sięgnę po książkę wolę poczekać aż pokrąży po świecie i zdobędzie opinie, na podstawie których wyrabiam sobie własny punkt widzenia.

Nie ukrywam, że kusiły mnie jego książki, ten szał zrobił swoje. Skupiłam się na jego twórczości i odkryłam coś dla siebie, mam nadzieję, że na dobry początek. Trylogia Parabellum! Kiedyś już mignął mi ten tytuł w gąszczu dzieł literackich, jednak dopiero teraz się złożyło. Dlaczego Parabellum, która jest mniej popularną powieścią Mroza? Ponieważ to nie kryminał a sensacja i ponieważ to powieść historyczna, akcja dzieję się podczas II Wojny Światowej. Pierwsza część Parabellum to właśnie „Prędkość ucieczki”.

Bohaterami są dwaj bracia Zaniewscy, których wojna zastaje w dwóch różnych krańcach Polski. Jeden jest żołnierzem i stacjonuje przy rumuńskiej granicy, jego oddział zostaje rozbity w pierwszych dniach września 1939 roku. Niewielu ocalało, zagubieni, resztkami sił walczą nie tylko o życie, ale przede wszystkim o Polskę. Drugi brat Staszek wraz z narzeczoną, która jest Żydówką opuszczają Warszawę i planują przedrzeć się na zachód Europy. Obok głównych bohaterów spotykamy wielu pośrednich w tym żołnierza Wermachtu, dlatego obserwujemy wojnę z różnych perspektyw, każdy inaczej postrzega wojenną rzeczywistość. Akcja dzieję się we wrześniu 1939 roku, w różnych częściach Polski. Nie przypuszczałam, że można napisać tyle i tak ciekawie uwzględniając jeden miesiąc wojny. Wojna pokazana inaczej niż czytałam o niej do tej pory, czyli bardziej sensacyjnie, jednak dostrzegam w tej historii prawdę. Język dość delikatny jak na literaturę wojenną, choć zdarzają się fragmenty dokładnie opisujące zbrodnie wojenne. 

Jeśli chodzi o styl pisania, bo to przecież moje pierwsze spotkanie z autorem. Posiada niesamowicie lekkie pióro, które niesie nas przez wartką akcję, skupia się na rzeczach ważnych, nie zatrzymuje niepotrzebnie, nie traci czasu na szczegółach opisów miejsc, czy przemyśleń bohaterów. Na koniec zostawia wielką ochotę na więcej. Jest chemia, zatem potwierdzam, że Mróz wciąga. ;-) 

9/10

 

 

Wszystkie wojny Lary. Wojciech Jagielski.

IMG_3235Lara to kobieta z krwi i kości, matka, gruzińska Czeczenka. Jej wszystkie wojny nadeszły znienacka, nagle i rozgościły się w jej życiu na dobre. Zaczęły się w Czeczeni, gdzie zamieszkała z mężem, założyła rodzinę i wiodła szczęśliwe życie, spełniała nawet swoje marzenie o byciu aktorką. Tuż po upadku Związku Radzieckiego, uciekła przed wojną w Czeczeni, ratując i chroniąc swoich synów. Z początku mamy wrażenie, że jej się to świetnie udało, jednak nic bardziej mylnego. Wędrujemy wraz z Larą wgłąb Gruzji, uciekając, chowając się przed jedną wojną, by za chwilę podążyć za nią w sam środek jeszcze okrutniejszej do Syrii, dokąd zdeterminowana wyrusza próbując ocalić synów, wpadli oni w sidła świętej wojny, nie zaznawszy szczęścia w bezpiecznej Europie. Kryzys tożsamości, potrzeba poczucia przynależności, konflikt pokoleń na tle trudnej sytuacji ekonomicznej a także poczucie wykorzenienia to powody, dla których młodzi tak licznie i bez reszty dają się wciągnąć fanatykom. Wojny Lary to także jej wewnętrzne bitwy, o normalność, bezpieczeństwo oraz cierpienie, które przeżywa po rozstaniu z synami, gdy kolejna wojna upomina się o nich.

„Zbliżając się do żelaznej bramy, czuła, że przekroczy coś znacznie ważniejszego i groźniejszego niż linia rozdzielająca terytoria odrębnych państw. Wkraczała w świat, którego nie pragnęła ani którego nie była ciekawa. Gdyby to od niej zależało, wolałaby nie wiedzieć, że w ogóle istnieje. Spoglądała z lękiem na ludzi wczepionych rękami w drucianą siatkę po drugiej stronie. Wyglądali jak w klatce, groźni, nieokrzesani, jak dzikie zwierzęta. Przerażała ją myśl, że jeśli przekroczy bramę, znajdzie się pośród nich”

Lubię dobre reportaże, lubię przeplatać między sobą gatunki literackie. Mało jest takich za którymi nie przepadam, a i po takie zdarza mi się sięgać, i nie raz zostaję mile zaskoczona. Tym razem wybrałam polskiego autora, nie znałam wcześniej jego pióra, jednak to nie ta ciekawość skusiła mnie a temat. Temat nigdy nie zgłębiony dostatecznie, temat nie do pojęcia, nie do zrozumienia. Piękny jest świat, piękna jest odmienna kultura, ciekawe jej poznawanie…dopóki nie zepsuje tego wojna. Są miejsca na świecie, które od zawsze kojarzą nam się z konfliktami, których nawet nie próbujemy zrozumieć, nie wiadomo o co poszło, jak się zaczęło. Ta książka tego nie wyjaśnia, przybliża jedynie problem, ale pokazuje również o wiele więcej. Wydarzenia, miejsca stają się bliższe, bardziej pojęte, jeśli się o nich czyta, nie słucha w tv, nie patrzy przez oko kamery zawsze rządne sensacji, lecz słucha z ust świadków. Książka ta ukazuje skrótowy, lecz prawdziwy obraz wojen na Kaukazie i Bliskim Wschodzie, oczami ludzi, dokładniej kobiety a przede wszystkim matki. Ona nie wywołała tej wojny, ona przed nią uciekała, broniła siebie i swoich synów z całych sił, to wojna weszła nieproszona, wprosiła się bezczelnie do jej spokojnego życia, szarpnęła i pociągnęła za sobą. W książce spotykamy autentyczne postacie, biorące udział w walkach. Poznajemy argumenty stron konfliktów, bez przyznawania racji żadnej z nich. Książka świetna dla ludzi zainteresowanych tematem, przybliża obraz wydarzeń z końca minionego wieku, które maja wpływ na dzień dzisiejszy. Poznajemy kulturę ludzi Kaukazu, dowiadujemy się co ich łączy, a co jest powodem kłótni między nimi, dowiadujemy się nieco o Islamie. Wszystko to jest potrzebne, by zrozumieć, współczesne problemy świata związane z wojną w Syrii, oraz z uchodźcami.

Bardzo dobra literatura faktu, którą czyta się jak powieść. Z początku trudno przebrnąć przez opisy przybliżające nam pochodzenie i migracje ludów Kaukazu, jednak w pewnym momencie następuje przyspieszenie akcji i nie sposób książki odłożyć, dopóki nie zamknie się ostatniej strony.

 7/10

Samotna gwiazda. Paullina Simons.

IMG_3223Książkę z autografem autora czyta się niebanalnie. Trzyma się ją w rękach jak niecodzienną, wyjątkową rzecz, chociaż celebruję każdą nową książkę, to jednak autograf stwarza niesamowitą aurę :-)

„Samotna gwiazda”, to trzecia książka Paulliny, którą przeczytałam. Pierwszą był „Jeździec miedziany”, który jest wyjątkową książką, najbardziej znaną powieścią autorki, więc nie spodziewałam się po najnowszej, fajerwerków, czy potoku łez, czułam, że nie rzuci mnie na kolana jak przygody Tatiany i Aleksandra, niemniej jednak byłam entuzjastycznie nastawiona na dobrą lekturę. Teraz po zamknięciu ostatniej strony mam mieszane uczucia. Z pewnością możemy liczyć w książkach Paulliny, na miłość, która jest na pierwszym miejscu, zawsze wielka, silna, jako rzecz najważniejsza w życiu, ale obok tej miłości zawsze wiele się dzieje, występują ciekawi bohaterowie, odkrywamy nowe, interesujące miejsca. Ciekawostką jest niewątpliwie fakt, że temat książki pani Simons podjęła w Polsce, podróżując pociągiem podczas przedostatniej wizyty w naszym kraju. Polskie pociągi zrobiły na niej wielkie wrażenie, co nie omieszkała opisać ;-) Zmieniła swoje pierwotne plany i sporo akcji umiejscowiła właśnie u nas. Odwiedzamy Warszawę, Kraków oraz Treblinkę, jak wskazuje ostatnie miejsce, akcja przeplatana jest historią, której możemy się spodziewać, ponieważ autorka z pochodzenia Rosjanka jest bardzo związana z Europą, często do niej wraca w swoich powieściach i nie pozostaje niewzruszona na jej losy.

Książkę czyta się dość szybko, początek nieco się dłuży dopóki młodzi przyjaciele nie wyruszają w podróż po Europie. Tam dzieję się sporo, począwszy od zmiany trasy, którą zaplanowali. Oprócz wymarzonych wakacji w Barcelonie, muszą spełnić prośbę babci i odwiedzić wschodnią część Europy zupełnie nieatrakcyjną dla młodych amerykanów. Jednak podróż ta zmienia nie tylko listę odwiedzonych miejsc, ale także życie bohaterów. Zaczynają inaczej patrzeć na świat, dokonywać nowych, odważniejszych wyborów. Zdecydowanie wyprawa ta, staje się ich podróżą życia. Dla nas Polaków miłym akcentem jest wątek umiejscowiony w naszym kraju, kawałek naszej historii. Jednak interesującym zestawieniem jest zderzenie mentalności amerykańskiej młodzieży z historią Europy, którą widzą często jedynie jako piękne plaże w Hiszpanii, dalej na wschód, nie sięgają nawet wyobraźnią.

Niezła, lekka lektura, świetnie sprawdziła się między cięższymi lub ambitniejszymi pozycjami. Miłym dodatkiem dla mnie była piosenka, która przewijała się w książce zespołu Maroon 5, która należy do moich ulubionych. Paullina Simons, jest ambitną i płodną pisarką, ma swój styl, który jest rozpoznawalny. Cudownie było spotkać się z nią osobiście. W przyszłości czeka mnie ostatnia część trylogii o Tatianie i Aleksandrze, którą przeczytam z przyjemnością i właśnie za ową trylogię będę wielbić Paullinę. No i cóż mam zrobić z „Samotną gwiazdą”? Jeśli ktoś ma ochotę poznać dopiero autorkę, dobrze zacząć od tej książki, ale po „Jeźdźcu miedzianym” nic już nie zadowoli.

6/10

 

Lisia dolina. Charlotte Link.

 IMG_1707 (2)

„Nie wszystkie złe drogi są wszakże jednakowo złe”

To już ósma książka Charlotte Link, którą przeczytałam. Pierwsza „Dom sióstr” wywołała we mnie niepohamowaną chęć sięgania po więcej. Każda z przeczytanych była niezwykle wciągająca i interesująca, jednak żadna nie dorównała w moim odczuciu tej pierwszej. Wśród fanów autorki, tytuł „Lisia dolina”, często pojawiał się w dyskusjach o najlepszych książkach Charlotte. Wreszcie nasze drogi się spotkały. Wciągnęłam się od pierwszej strony, co nie było oczywiście zaskoczeniem. Po paru kartkach zaczęłam się zastanawiać, czy tak bardzo stęskniłam się za książkami tej wspaniałej autorki, czy „Lisia dolina” rzeczywiście zapowiada się na godną rywalkę pierwszej powieści, tej która mnie tak zachwyciła – „Dom sióstr”.

Książka to świetny, wielowątkowy kryminał, niepozbawiony rozbudowanych, ciekawych wątków obyczajowych, dlatego właśnie odbiega od standardowych kryminałów, za którymi nie przepadam. Bohaterów i ich życie poznajemy dogłębnie, zżywamy się z nimi tak bardzo, że żadnemu nie chcemy przypisać łatki przestępcy, jednocześnie każdy jest podejrzany. Autorka mistrzowsko panuje nad postaciami, każda jest charakterystyczna i postępowanie każdej z nich jest świetnie poparte analizą psychologiczną. Dostajemy ogromną dawkę wrażeń i emocji, Charlotte kolejny raz z niesamowitym wyczuciem stopniuje napięcie, podkręca naszą ciekawość. Wielokrotnie podczas lektury przeszywają nas lodowate dreszcze.

Młoda kobieta Vanessa, ginie w tajemniczych okolicznościach, my wiemy poniekąd co się z nią stało, bliscy ofiary nie. Porywacz planował dostać okup, uwięził kobietę i zniknął. Kryjówka okazała się tak dobra, że nikt nie jest w stanie trafić na jakikolwiek ślad, a my nie mamy pojęcia, czy udało jej się wydostać, czy ktoś zdołał ją uratować? Toczy się śledztwo, w końcu zamiera w martwym punkcie. Mijają dwa lata, kolejna kobieta znika w niemal identyczny sposób co przed laty Vanessa… Zostawia czwórkę dzieci i zrozpaczonego męża. Czy to ten sam porywacz? Dostajemy wiele możliwych scenariuszy do rozpatrzenia, całą sieć domysłów, każdy trop jest interesujący, wiarygodny i intrygujący. Postać sprawcy, przedstawia nam człowieka zagubionego, z którym się zżywamy, współczujemy mu, widząc jak bezradnie wikła się w kolejne kłopoty, można nawet go polubić. Zostajemy sprowokowani do szukania w nim dobra. Ciekawą postacią jest również Nora, kobieta która pomaga Ryanowi, jest w nim zakochana, jednak jaka kobieta zakochuje się w przestępcy, byłym więźniu? Prześwietlamy każdą postać bardzo wnikliwie, jednak do końca nie jesteśmy pewni, zakończenie jak zwykle u Link zaskakuje.

Z wielką satysfakcją przeczytałam tą powieść. Nie dość, że „Lisia dolina” mnie nie zawiodła, to w dodatku podniosła poprzeczkę. Śmiało stawiam ją na najwyższej półce, tuż obok „Domu sióstr”.

10/10 Nie może być inaczej! :-)

Krawędź wieczności. Ken Follett.

P1300073 (3)

„Bardzo wiele książek należy przeczytać po to, aby sobie uświadomić, jak mało się wie.”Mikołaj Gogol

Wreszcie autor napisał więcej o Polsce w trylogii! Polsce jako ogniwie tworzącym historię. Trzecia i ostatnia część – „Krawędź wieczności”, obejmuje lata; 1961 od powstania muru berlińskiego do roku 2008 i wyboru Baraka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jest to tyle ważne wydarzenie, ponieważ w książce jednym z tematów jest długa i trudna walka o prawa człowieka. W Stanach Zjednoczonych chodzi o równouprawnienie czarnoskórych obywateli. W Europie ogarniętej komunizmem o każdego człowieka.

Spotykamy znanych nam bohaterów, rolę pierwszoplanową przejmują ich wnuki. Tania jest radziecką dziennikarką Tass, jednak nie wierzy w komunizm i działa w podziemiu, wykorzystuje swoje stanowisko by walczyć o wolność słowa. Podróżuje po Związku Radzieckim, odwiedza również inne, komunistyczne oczywiście kraje, dzięki temu jest dla nas świadkiem ważnych wydarzeń jak np. kubański kryzys rakietowy, interwencja w Czechosłowacji, czy Strajk w Stoczni gdańskiej.

Rebeka i jej rodzina mieszka w Berlinie, zostaje rozdzielona przez mur berliński, jej brat Willi zostawia we wschodniej części ciężarną dziewczynę. Pomimo prób władzę odmawiają im spotkania.

W Stanach Zjednoczonych toczy się walka o zrównanie praw dla kolorowych obywateli, nadzieją na zmiany jest prezydent J. F. Kennedy…

Dzieje się dużo; zimna wojna, czyli świat na krawędzi wojny atomowej. Wojna w Wietnamie, fenomen Martina Luthera Kinga, czy upadek komunizmu. Wszyscy czekali na wielki bum, na wielką wojnę, tymczasem on rozpadł się po cichu, niespodziewanie, od środka…Polityka, przemiany społeczne i kulturowe. Są to punkty zwrotne, wyznaczające dalsze losy świata. Autor genialnie wyważył proporcje między burzliwą historią minionego wieku, a kolejami losów zwykłych ludzi.

Szczerze, tą część czytało się najdłużej, nie wciągała tak bardzo jak dwie poprzednie. Działo się dużo, jednak autor szybko zmieniał wątek, przenosił bohaterów w zakątek świata, w którym działo się coś ważnego, potem gubiliśmy go w tłumie na jakiś czas. W poprzednich częściach bohaterzy pozwalali nam bardziej zżyć się ze sobą. Tutaj miałam wrażenie, że zostali w tle, liczyło się ukazanie zdarzenia, tym razem to nie postacie prowadziły nas przez historię, to historia jak fala gubiła ich lub wyrzucała na powierzchnię. Część najtrudniejsza i najbardziej chaotyczna w trylogii. Mam wrażenie, jakby autor ostatnią część zbyt bardzo „napchał” wydarzeniami. Można również czuć niedosyt, że tak mało o Polsce, lub innych wydarzeniach, które znamy, pamiętamy lub śledziliśmy, które działy się na naszym podwórku i dla większości Polaków kończyły się w miejscu żelaznej kurtyny, która zasłaniała widok na resztę świata. Ta książka jednak, pokazuje związek wydarzeń w Polsce z wydarzeniami na świecie. To co znamy z naszego podwórka, okazuje się jedynie trybem, ogniwem w łańcuchu zwanym światem. Pomimo to, wciąż twierdzę, że to świetne dzieło, kronika, w którą Follett włożył  żmudną lecz dokładną pracę merytoryczną. Sam autor tak mówi o genezie powstania trylogii:

„Zdałem sobie sprawę, że XX wiek to najbardziej dramatyczny okres w naszej historii. Mieliśmy I wojnę światową, która była najstraszniejszym, czego kiedykolwiek doświadczyła rasa ludzka rasa. Potem nadeszła II wojna światowa, która była jeszcze gorsza. I ostatecznie mieliśmy zimną wojnę, która, jeśli zmieniłaby się w gorącą wojnę, prawdopodobnie zniszczyłaby całą rasę ludzką. W zasadzie to straszny dramat XX wieku. Ale to też nasza historia – moja i wasza. Urodziliśmy się w XX wieku; i jego historia to opowieść o tym, czego doświadczyliśmy my, nasi rodzice i dziadkowie”.

Trochę mi żal, że już minęło te ponad 3000 stron, ale z pewnością do autora będę wracać. Za trylogię 10/10, za „Krawędź wieczności”  9/10.

 

Zima świata. Ken Follett.

P1290977 (2)Lawina ruszyła! Czytając pierwszą część trylogii „Upadek gigantów”, wiedziałam, że kolejną muszę mieć od razu, a skoro druga to i trzecia za jednym zamachem. Siła przyciągania tej epickiej powieści zawładnęła mną jak żadna inna wcześniej. Trzy tysiące stronic połknęłam w mgnieniu oka (jak na moje standardy ;-)), co więcej z wielką pasją.

„Zima świata”, druga część trylogii Stulecie zaczyna się gwałtownie i z rozmachem. Nie trzeba już przedstawiać postaci, zostają nam odświeżeni, ich dzieci i potomkowie płynnie przejmują rolę bohaterów powieści. Akcja wrzuca nas w rwący nurt historii. Stajemy twarzą w twarz z Hitlerem i wydarzeniami w Berlinie w 1933, gdy te odbijają się szerokim echem na całym świecie i kładą złowieszczy cień na Europę. Autor rzuca nas w sam środek miejsc, w których tworzyła się historia. W tej części wydaje się, że akcja pędzi jeszcze szybciej. Śledzimy dojście Hitlera do władzy w Niemczech, i  wraz z całym światem wstrzymujemy oddech przed wybuchem II Wojny Światowej. Obraz Wojny tym razem widzę inaczej. Nie z perspektywy jednego państwa, głównie oczywiście Polski; która była polem bitwy, nie z perspektywy jednego świadka, jednej strony konfliktu. Patrzę na tamte czasy jak na panoramiczny obraz świata. Fakty, fakty, bez jakiegokolwiek stronnictwa.

Historia historią, jednak, czy przeciętnemu miłośnikowi książek przyszłoby do głowy czytać o planie Marshalla, albo jak Rosja skonstruowała bombę atomową, czy o podziale Europy i Berlina? W tej książce wszystkie najważniejsze, mniej lub bardziej znane, lecz najistotniejsze wydarzenia II Wojny Światowej, oraz jej wpływ na dalsze losy świata, przedstawione są w niezwykle wciągający sposób. Raz jesteśmy w Berlinie i stoimy oko w oko z Hitlerem, by za chwilę głowić się z prezydentem Stanów Zjednoczonych czy włączyć się do wojny, albo wkraczamy z Armią Czerwoną do Polski, lub przeżywamy bombardowanie Londynu, czy też uczestniczymy w akcjach szpiegowskich. Dowiadujemy się wszystkiego co najważniejsze, widzimy powiązania faktów. Ogólny obraz, wraz z bohaterami fikcyjnymi jak i postaciami historycznymi, jest sprawnie wkomponowany w tamte realia. Towarzyszymy bohaterom, zżywamy się z nimi, a nie jedynie czytamy o faktach z odległej przeszłości. Patrzymy na świat negocjujący, zawierający pakty, dążący do pokoju i łamiący go, widzimy wpływ, znaczenie i wysiłki każdego kraju zaangażowanego w wojnę. Rozliczamy historię, ale nie przez człowieka, lecz przez upływający czas.

Wielowątkowość powieści wpływa na fakt, że tak świetnie się ją czyta. Mamy tu okrutną wojnę, różne kraje i różne tradycje, oraz kultury, mamy romanse, zbrodnie, szpiegostwo. Zwykli obywatele, którzy próbują przetrwać wojnę w Europie oraz palący się do wojny wojskowi. Wnikliwa analiza tamtych czasów jaką dokonał Follett w tej powieści jest bardzo dojrzała i obiektywna.

Dla czytelników interesujących się historią to z pewnością prawdziwa uczta, jednak myślę, że miłośnicy obyczajowości także będą usatysfakcjonowani, szczególnie, że to wydarzyło się naprawdę. Jak w poprzedniej części dużo polityki, ale przecież polityka decyduje o losach milionów zwykłych ludzi, świadomych tego lub nie.

Oto fragment, który pokazuje, że często światem rządzi przypadek, a ważne decyzje bywają podejmowane pochopnie lub ze strachu.

„Z rosnącym przygnębieniem zrozumiał, że jest gorzej, niż sądził. Może Stalin naprawdę przeszedł załamanie nerwowe – bo z pewnością na to wyglądało – ale wykonał także zręczny ruch polityczny. Wszyscy ci, którzy mogliby go zastąpić, są w tym pokoju. W chwili gdy jego katastrofalnie zła ocena sytuacji stała się oczywista, zmusił swoich rywali, żeby przyszli i błagali go, aby znów był ich przywódcą. Zdecydowanie odciął się od swojej fatalnej pomyłki i zapewnił sobie nowy start. Stalin nie tylko powrócił. Był silniejszy niż przedtem”

Bez wątpienia 10/10

Upadek gigantów. Ken Follett.

P1290774Wybór książek do czytania to pasjonująca loteria. Czasami wpływ na niego ma drobny szczegół, jak okładka, świetna recenzja, czy po prostu przypadek. Czasem okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Tak jak tym razem. Wystarczyła mała zachęta, bym zainteresowała się książką „Krawędź wieczności”, drążąc temat odkryłam, że to trzecia, ostatnia część trylogii Stulecie. Byłam bardzo zdeterminowana, by poznać tą książkę, więc cóż było robić, wróciłam do początku i zaczęłam od „Upadku gigantów”. Trzymając ją w ręku, nieco ochłonęłam widząc jej objętość. Ponad 1000 stron! Jednak kusiła skutecznie, czułam, że to może być dobra książka. Nazwisko autora również było mi znane, choć nie skojarzyłam go w pierwszej chwili z jego największym, podobno, dziełem „Filary ziemi”, zekranizowanym jako mini serial w 2010 roku. Wyszło mi to na dobre, bo klimat „Filarów…” nie należy do moich ulubionych, z drugiej strony przekonałam się już, że książkę świetnie napisaną, czyta się dobrze, nawet jeśli temat nie należy do naszych faworytów. Dałam sobie czas, nastawiłam się, że przeczytanie jej potrwa, jednak jestem mile zaskoczona. Tak to jest z fajnymi książkami, że szybko się czyta i czym dalej odczuwamy większy żal, że się kończy. ;-) Pochłonęłam ją błyskawicznie, jak na moje standardy czytania, pospiesznie MUSIAŁAM kupić drugą część „Zima światów” i mam ten komfort psychiczny, że jeszcze jest część trzecia. ;-)

Cała trylogia Stulecie jest epicką powieścią umiejscowioną w XX wieku. Mnie osobiście historia w książkach interesuje, jednak jestem całkowicie pewna, że ta powieść zainteresuje i wciągnie każdego czytelnika, który znajdzie tu niezwykle wciągającą fabułę, intrygi obyczajowe, polityczną grę o władzę a nawet romanse. To jest właśnie sztuka, opowiadać tak, żeby nas zainteresować. Prawdę historyczną połączyć z interesującą akcją, w taki sposób, by płynnie się łączyła, by czytelnik miał wrażenie, że historia nie narzuca się, a jest jedynie interesującym tłem. Książka świetnie napisana, drobiazgowo dopracowana, przemyślana, autor rzetelnie odmalował klimat tamtych czasów, lektura absorbuje od początku do końca. Prawdziwa skarbnica wiedzy historycznej, czytelny przewodnik po niej.

Bohaterami powieści są członkowie pięciu rodzin; angielskiej, walijskiej, niemieckiej, rosyjskiej i amerykańskiej. W tych państwach właśnie rozgrywa się akcja. Rodziny pochodzą nie tylko z różnych krajów, ale także z różnych klas społecznych. Dzięki temu widzimy świat tamtych czasów obiektywnie, widzimy jaki stosunek do wydarzeń i przemian miały poszczególne warstwy społeczne. Ich losy przeplatają się ze sobą na tle wydarzeń w świecie z początku XX wieku. Autor ukazał realia sprzed wojny, w trakcie jej trwania i tuż po. Opisał sytuację polityczną, społeczną i gospodarczą w krajach, które brały bezpośredni udział w krwawym i bezsensownym konflikcie zbrojnym. Dokładniej rozgrywa się w latach 1911 – 1924 i obejmuje Wielką Wojnę, czyli Pierwszą Wojnę Światową, obalenie caratu w Rosji i powstanie systemu komunistycznego. Wydarzenia, które na zawsze zmieniają oblicze świata. Bohaterów jest sporo, dlatego też miałam obawy zaczynając czytać, czy podołam, czy nie będę się czuła zagubiona w takim tłumie różnorodnych postaci, szczególnie, że autor postanowił ułatwić nam zadanie i z początku książki umieścił rozpiskę kto jest kim, oraz kto jest postacią historyczną a kto fikcyjną. W tym temacie również spotkało mnie miłe zaskoczenie. Nie miałam najmniejszego problemu z rozpoznawaniem bohaterów. Postacie same wczytują się w naszą pamięć, wystarczy chwila z daną osobą, by trwale zapadła w naszej świadomości.

Pierwszymi poznanymi bohaterami jest walijskie rodzeństwo wywodzące się z klasy robotniczej. Billy zaczyna pracę w kopalni jako 13 latek, pracuje dopóki wybuch wojny nie zrobi z niego żołnierza, jego siostra Ethel jest pokojówką w domu hrabiego Fitzherberta i jego żony rosyjskiej księżniczki, jednak wkrótce wyjeżdża do Londynu, gdzie zaczyna nowe życie. Pomaga jej siostra hrabiego Maud, zaciekła feministka. Obie walczą o prawo kobiet do głosowania, tworząc początek ruchu sufrażystek. Na drodze Maud staje niemiecki dyplomata Walter von Urlich, pojawia się gorące uczucie, jednak wojna między ich ojczyznami wisi w powietrzu. Jaki to będzie miało wpływ na ich miłość? W Rosji poznajemy dwóch braci Grigorija i Lwa Peszkowów, którzy marzą o lepszym życiu w Ameryce, udaje się tam dotrzeć tylko jednemu z nich, drugi zostaje rewolucjonistą. Amerykanin Gus Dewar jest przyjacielem angielskiego hrabiego oraz Waltera, przed nim otwiera się kariera w Białym Domu u boku prezydenta Wilsona. Każdy bohater odgrywa swoją rolę w tworzeniu historii. Towarzyszymy im w walijskich kopalniach, londyńskich salonach, fabrykach carskiej Rosji, ulicach Petersburga, czy w okopach Wielkiej Wojny. Autor przybliża nam także prawdziwe postacie historyczne; Prezydent Woodrow Wilson, Król Anglii Jerzy V, Winston Churchill, Lenin, czy Trocki.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przekaz Folletta jest jasny; historia lubi się powtarzać, nie ma na świeci idealnego systemu, czasy się zmieniają, świat gna do przodu, a ludzie popełniają te same błędy, prowadzeni tymi samymi od wieków pobudkami; pragnieniem władzy, chęcią zysku, czy zawiścią.

 Niektórych mogą znużyć wnikliwe analizy sytuacji politycznych, czy szczegółowe opisy działań wojennych, jedne wątki mogą bardziej wciągać, inne mniej. Ja uważam, że całość jest napisana płynnie i czytelnik zostaje zaintrygowany wydarzeniami, wciągnięty w fabułę tak bardzo, że chce znać wszystkie detale. Czytanie tej książki to prawdziwa uczta, porywa jak nurt rzeki i trudno jest ją odłożyć. Ken Follett porwał mnie swoim stylem pisania, właśnie stał się kolejnym autorem, którego dzieła chcę poznawać.

10/10

Spotkanie z Paulliną Simons

  Niesamowicie podekscytowana wybrałam się na spotkanie z Paulliną Simons, wspaniałą  amerykańską pisarką, pochodzenia rosyjskiego. Paullina urodziła się w Leningradzie w 1963 roku, lecz jako dziesięciolatka wyemigrowała z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. II Wojna Światowa i komunizm odcisnęły trwałe piętno na historii rodziny, oraz na twórczości pisarki. Poznałam jej talent w dwóch częściach sagi „Jeździec miedziany„, oraz „Tatiana i Aleksander„. Wiedziałam jednak, że na tym nie poprzestanę, wybór jest imponujący, w dorobku Pani Simons znajdziemy książki obyczajowe oraz sensacyjne o tematyce współczesnej. Skupiam się na powieści, którą czytałam, o niej też najwięcej mówiła Autorka, wśród fanów z książkami w rękach, również przeważał „Jeździec miedziany”. Historia zawarta w słynnej sadze o miłości i wojnie; rzeczach ponadczasowych, jest dla Paulliny bardzo istotna, jest częścią Jej dziedzictwa, jest częścią nas Europejczyków. Dzięki przerażającej, lecz prawdziwej naszej historii my jesteśmy właśnie tu i teraz, a piękna i wciągająca fabuła „Jeźdźca miedzianego”, budzi w nas chęć wnikliwszego jej poznawania. Mam wrażenie, że przekazała czytelnikowi owej lektury dokładnie to co miała zamiar pisząc ją, czyli wierny obraz okrutnej wojny, oraz odwiecznej miłości, która istnieje mimo i na przekór, od której wszystko inne bierze swój początek. Ciekawie opowiadała również jak walczyła o zachowanie właśnie takiego tytułu, amerykański wydawca nie rozumiał go, uważał za zbyt mało romantyczny, jednak w Europie ma swoje znaczenie. Książka jest o miłości, jednak tytuł podkreśla znaczenie historii, znaczenie walki o lepsze jutro, nadziei, w którą nie należy nigdy zwątpić. 

A sama Paullina to niesamowita, uśmiechnięta kobieta, emanowała subtelnością, ciepłem i pewnością siebie. Miałam uczucie, że znamy się od dawna, że miałybyśmy sobie wiele do powiedzenia. Czułam Ją właśnie taką w Jej książkach i mam nadzieję spotkać znowu w kolejnych.

Autorka promowała przy okazji swoją nową książkę, która jest związana z naszym krajem. Podczas ostatniej wizyty w Polsce w  2013 roku, Paullina podróżowała pociągiem. Miała wówczas w głowie pomysł na najnowszą powieść i pod natchnieniem przeniosła rozgrywające się miejsce akcji do Europy, zagościła w polskich miastach, między innymi Krakowie i Treblince. Nie mogę o niej wiele powiedzieć, dopóki jej nie przeczytam. :-)

Wspaniała pamiątka z Paulliną, oraz sympatyczny autograf.

IMG-20160518-WA0007 - kopia (2)  IMG-20160518-WA0018 (2) „Remember Orbeli” – kto czytał, ten wie ;-) P1300024

Dzienniki z lat wojny 1939 – 1945. Astrid Lindgren.

P1290760 ” Ziemia mogłaby być rozkosznym miejscem do życia”…

Astrid Lindgren do tej pory kojarzyła mi się jedynie ze wspaniałymi książkami dla dzieci, pewnie nie tylko mi, bo jakżeby inaczej ;-) . „Dzieci z Bullerbyn”, książka z którą właśnie poznaję moich chłopców; jednocześnie obalam mit, że to książka dla dziewczyn ;-) , są nią szczerze zachwyceni. „Fizia Pończoszanka” oraz „Bracia lwie serce” to moje ulubione książki autorki i jedne z najlepszych z dzieciństwa. Uwielbiam jej książki oraz styl pisania, mój sentyment do niej sprawia, że chcę czytać wszystko, cokolwiek napisała. Sięgając po „Dzienniki…” miałam nadzieję poznać Astrid nieco dokładniej, niż poprzez lektury dla dzieci. Jako dziecko wyobrażałam ją sobie jako starszą panią wspominającą swoje dzieciństwo, bujającą trochę w obłokach. Coś w tym jest, jednak nigdy nie myślałam, o jej życiu poza pisaniem, nie zastanawiałam się czy na przykład  miała rodzinę.

Zanim napisała swoje wspaniałe, książki dla dzieci pisała dziennik. Gdy miała 32 lata, dwójkę dzieci i mieszkała w Sztokholmie, wybuchła II Wojna Światowa, Astrid od pierwszego dnia śledziła jej przebieg, zbierała wycinki z gazet dotyczące wiadomości z całego świata. Pisała go przez cały czas trwania wojny. Pisała go w kraju, który jako jeden z nielicznych pozostał neutralny, udało mu się uniknąć działań wojennych. Żyło się w nim niemal normalnie. Nieznaczne podwyżki żywności, czy wprowadzenie kartek na niektóre produkty utrudniały codzienność tylko w nieznacznym stopniu. Nie było głodu, ludzie pracowali, jeździli na wakacje. Mimo to groźba strasznej wojny, jej nieobliczalność przerażały ludzi, także w tamtym spokojnym zakątku świata. Poznałam niesamowity, nieznany obraz II Wojny Światowej widziany z boku. Z kraju spokojnego, lecz otoczonego i ściśniętego przez szalejące piekło. Przeczytałam nie tylko o ciekawych, nieznanych mi faktach, o stanowisku Szwecji, o tym, jakie wiadomości docierały ze świata. Dostałam również to czego się spodziewałam, poznałam Astrid nieco bliżej. Nie spotkamy w „Dziennikach…” osobistych zwierzeń, aczkolwiek poprzez zapisywanie szczegółów dotyczących jej życia, nie można nie poczuć pewnej bliskości. Pokazała nam wojnę z perspektywy kobiety pracującej, troskliwej matki i żony. Podaje fakty i komentuje informacje, snuje refleksje nad przyszłością świata. Nie ukrywa rozgoryczenia, wobec bestialstwa wojny, odczuwa bezsilność gdy świat dowiaduje się o morderstwach katyńskich, o losach Żydów, o konflikcie rosyjsko – fińskim.

Dzienniki zostały wydane w 2013 r przez córkę Astrid, Karin. Przechowywane były w mieszkaniu autorki, nazbierało się siedemnaście zeszytów oprawionych w skórę. Zostały wydane bez skracania.

P1290763

Lektura porywająca, szczególnie dla tych, których interesują fakty historyczne, oraz dla czytelników chcących poznać bliżej autorkę jednych z najwspanialszych książek dla dzieci. Dowiedziałam się jak powstała jej pierwsza ze znanych mi książek czyli „Fizia Pończoszanka”. I mam wrażenie, że na  „Dzieci z Bullerbyn” miała wpływ przeżyta wojna. Książka powstała tuż po, bo w 1947 roku. Swój wesoły i beztroski klimat, może zawdzięczać wewnętrznej radość po zakończeniu długiej i ciężkiej wojny, być może ta eksplozja szczęścia pozwoliła stworzyć obraz tak szczęśliwego dzieciństwa, które należy się każdemu dziecku.

8/10

 

Imię Róży. Umberto Eco.

P1290722„..i to poczucie prostej drogi, którego nie traci się, nawet kiedy ścieżka staje się kręta”.

 Tytuł „Imię Róży”, obijał mi się o uszy od wielu lat, nic dziwnego, skoro powieść zalicza się powszechnie do największych arcydzieł XX wieku. Sięgnęłam po nią kilka dni przed odejściem autora.

„Imię Róży” to zachwycający realizmem, wielowymiarowy filozoficzno – historyczny kryminał, którego akcja rozgrywa się przez 7 dni, w 1327roku u schyłku średniowiecza; epoki ciemnoty i zacofania, wojen i ruchów religijnych, sporów między papiestwem a cesarstwem, oraz tryumfu wiary. Jest to skarbnica wiedzy o tamtej epoce, którą autor szczegółowo się wykazał.

Do znamienitego opactwa benedyktynów w północnych Włoszech przybywa franciszkanin Wilhelm z Baskerville, który posiada niezwykle błyskotliwy umysł, oraz jego uczeń i sekretarz, nowicjusz Adso z Melku. Opat zwraca się do Wilhelma z prośbą o pomoc w rozwikłaniu zagadki tajemniczej śmierci jednego z mnichów, sprawa jest nagląca, ponieważ zbliża się dzień, w którym ma się odbyć ważna debata teologiczna, w której wezmą udział dostojnicy kościelni, z wielkim inkwizytorem Bernardem Gui na czele. Tymczasem dochodzi do kolejnych morderstw. Cały klasztor wydaje się owładnięty zmową milczenia, choć od pierwszych stron wyczuwa się powiew konspiracji, zagadkowości. Śledztwo prowadzi do klasztornej biblioteki, która jest niezwykłym, tajemniczym miejscem, wielkim labiryntem, symbolem wiedzy i mądrości, do której dostęp mają tylko wybrani. To jeden z największych zbiorów ksiąg ówczesnego świata. Słowo pisane jest strzeżone, dba się o nie, bowiem nie każdy jest godny je oglądać. Nie każdy jest godzien posiąść wiedzę. Trop prowadzi franciszkanina do niezwykłej księgi, która jest nośnikiem niepokoju, zła i śmierci. Odkrywając coraz głębsze tajemnice i sekrety klasztoru, sam staje w pewnym momencie w obliczu niebezpieczeństwa…

„…Zdałem sobie sprawę, że nierzadko księgi mówią o księgach albo jakby ze sobą rozmawiają. W świetle tej refleksji biblioteka wydała mi się jeszcze bardziej niepokojąca. Była więc miejscem długiego i wiekowego szeptania, niedostrzegalnego dialogu między pergaminami, czymś żywym, schronieniem sił, których ludzki umysł nie mógł opanować, skarbcem tajemnic pochodzących z mnóstwa umysłów i żyjących po śmierci tych, którzy je wytworzyli albo uczynili się ich pośrednikami.”

Powieść prowokuje do rozmyślań i poszukiwań ukrytych znaczeń. Wymaga od nas skupienia, cierpliwości, snucia interpretacji, zgłębiania tajemnic, ale też daje w zamian całkiem nowe wrażenia czytelnicze. Pokazuje, że można cieszyć się samym czytaniem, nie pragnąc dotrzeć do końca powieści. Autor świetnie się bawił pisząc, wyczuwałam w tekście, jego miłość do słowa. Sam Eco komentował pomysł napisania tej książki „miałem ochotę otruć mnicha”. Nie jest to książka na wieczór, nawet na weekend, należy ją czytać w skupieniu, mnie bardzo wyciszała, porwał mnie stylizowany na tamte czasy język. Podobała mi się realistycznie opisana atmosfera ponurego opactwa. Jednakże książka może znudzić, może być trudna w czytaniu, w rozumieniu, niejeden czytelnik może zgubić się w jej zawiłościach i ukrytych znaczeniach jak bohaterowie w labiryntach biblioteki. Nie każdemu przypadnie do gustu snuta powoli narracja pełna filozoficznych wywodów w rozmowach bohaterów, nie każdy łatwo pójdzie tą drogą, którą Eco prowadzi czytelnika do rozwiązania zagadki morderstw. Zostajemy zmuszeni do wysłuchania wielu dysput teologicznych prowadzonych przez mnichów na różne tematy; czy wypada pobożnemu się śmiać, czy Jezus się śmiał? Czy każdy ma prawo do wiedzy, czy należy  dążyć do jej zdobywania? A nawet kilka słów o miłości. Mam wrażenie, że autor wprowadził wątek kryminalny, jedynie po to, by przyciągnąć czytelnika i przedstawić mu w ukryty sposób obraz człowieka niedoskonałego, wahającego się, głodnego wiedzy i ogarniętego strachem przed nieznanym. Eco niezwykle obrazowo pokazuje naturę człowieka, pełną słabości. Nie wytyka go palcami, tylko pokazuje jako jednego z nas. Charaktery bohaterów są świetnie i wyraziście odmalowane, co sprawia, że ponury klasztor pokazuje nam się jako paleta różnorodnych postaci. A charyzmatyczny i mądry Wilhelm zgrabnie prowadzi nas przez to co dla nas niezrozumiałe, tłumaczy zawiłości, odkrywa zagadki, dzięki jego umysłowi nasza wizyta w klasztorze jest zdecydowanie łatwiejsza.

Cieszę się, że przebrnęłam przez tą opasłą powieść. Łatwo nie było, miałam chwilami ochotę przyspieszyć akcję, albo przerzucić parę kartek do przodu, jednak czym dalej, tym było ciekawiej. Uważam, że to książka dla prawdziwych pasjonatów literatury, dla czytelników, którzy lubią delektować się lekturą, którym nie zależy, na gwałtownych zwrotach i gwarantowanych emocjach. Jedno jest pewne, „Imienia Róży” nie zapomina się, jest tak bogata wewnętrznie, że już mnie kusi, żeby kiedyś do niej wrócić.

9/10

Trzy odbicia w lustrze. Zbigniew Zborowski.

P1290647Podczas wyboru kolejnej książki do czytania, muszę czuć, że między nami zaiskrzyło ;-) . Wpatruję się w okładkę, wyszukanej lektury, trzymam ją w ręce i wiem, czuję, czy to będzie wspaniała książka. Pomyłki lub zawody zdarzają się, lecz nieczęsto ;-) . Pierwsze wrażenie tym razem – ogromne. Książka nieco większa formatem niż standardowa (pierwsza myśl – jak ją transportować w torebce?). Miła w dotyku, okładka również wiele obiecująca, tajemnicza. To jest pierwszy etap czytania książek – nastawienie ;-)

Zbigniew Zborowski, autor, podróżnik, dziennikarz. Doszukałam się trzech jego książek, z czego dwie to części sagi rodzinnej, „Trzy odbicia w lustrze” to pierwsza z nich. I tutaj miałam poważne obawy, ponieważ nie przepadam za książkami polskich autorów, wydaje mi się, że nie dowiem się od nich niczego nowego, czego bym nie znała. Wolę podróżować po świecie, poznawać obce kultury, niż bawić się na własnym podwórku. Z wielką nadzieją, że się mylę, że być może nie trafiłam jeszcze na „swojego” autora, gnana nadzieją, że wszystko jeszcze przede mną, cierpliwie, co jakiś czas, ponawiam próby.

No więc…tym razem, nareszcie, przekonałam się ;-) . Książkę czytało się świetnie, zwiedzałam znane miejsca, obserwowałam wydarzenia, które nie sprawiały wrażenia, że to już było. Malownicze obrazki Kresów, przedwojennej Warszawy, oraz niezwykle realistyczne sceny z brutalnej rzezi wołyńskiej, czy Powstania Warszawskiego. Na kanwie prawdziwej historii autor rozpiął fabułę swojej powieści. Postacie są fikcyjne, jednak niektóre wydarzenia, czy przeżycia bohaterów, oparł na rzeczywistych doświadczeniach swoich przodków lub wspomnieniach świadków. Postacie świetnie wykreowane, wyraziste, zżywamy się z nimi, czujemy emanujące z nich uczucia. Miłość, przyjaźń, bunt, nienawiść, cierpienie, czy zemsta. Związane ze sobą, lecz różniące się charakterem, podejściem do życia, ideałami. Język jest bardzo obrazowy, wydaje się zmieniać i świetnie wpasowywać w opisywane ramy czasowe. Niezwykle wartka akcja, poprzeplatana zaskakującymi zwrotami, a wszystko to owiane pewną aurą tajemniczości.

Trzy odbicia w lustrze, to trzy kobiety, Zosia, Wanda i Anna. Babcia, mama i wnuczka. Akcja toczy się przez 75 lat i pokazuje po kolei życie każdej z nich, oczywiście splatają się one ze sobą, szczególnie losy babci i wnuczki. Niektóre fakty wychodzą na jaw dopiero z perspektywy trzeciego pokolenia, czyli Anny.

Akcja rozpoczyna się prologiem umiejscowionym w czasach teraźniejszych, zasiewa w nas ciekawość i ustępuje miejsca  przedwojennej Polsce. Przenosimy się na Kresy do majątku Hryniewiczów. Jest piękne, upalne lato 1939 roku, studentka pierwszego roku filologii polskiej, Zosia przyjechała z Warszawy, by korepetycjami, zarobić na dalsze studia, jest bardzo ambitna uważa naukę za swoją receptę na lepszą przyszłość. Właśnie tam przeżywa swoje pierwsze zauroczenie najstarszym synem właścicieli majątku Adamem, jednak rozpuszczony panicz bawi się jej uczuciami, na mezalians nie ma szans. Na Wołyniu zastaje ją wojna, i niweczy jej plany na przyszłość, mało tego, Zosia spodziewa się dziecka. Ryzykuje i postanawia wracać do Warszawy pomimo wojennej zawieruchy. Poznajemy ją podczas tej trudnej podróży jako silną, dzielną kobietę. W stolicy przeżywa resztę wojny, Powstanie Warszawskie, wkroczenie Armii Czerwonej. Przeżywa dzięki swojej determinacji, oraz dzięki opiece tajemniczego mężczyzny, który pojawia się zawsze wtedy, gdy kobieta go potrzebuje. Okropne, przerażające czasy, wciąż rozdzielają matkę i córkę, nie pozwalają im nawiązać prawidłowych relacji, mało tego, potworne wydarzenia, które wspólnie przeżywają, których do końca same nie są w stanie zrozumieć, powodują wzajemne wyrzuty, oraz niechęć i obarczanie winą. Życie córki także nie jest proste, nawet po wojnie. Nie łatwo odnaleźć się w powojennych realiach. Wanda wstępuje do Związku Młodzieży Polskiej organizacji ideowo-politycznej, w której próbuje odnaleźć swoje miejsce, swój życiowy cel. Obserwujemy niesamowicie realistyczne zderzenie osób uległych nowemu, komunistycznemu systemowi, oraz  tych sprzeciwiających mu się, wciąż walczących. Wanda wzbudza w nas mniej sympatii, jednak i jej życie nie jest usłane różami. Anna, trzecia z kobiet, zaczyna życie w równie trudnych warunkach co jej matka oraz babcia. W pierwszych dziesięciu latach swojego życia przeszła twardą szkołę życia. Dorasta w odradzającej się Polsce, w czasach, gdy dopiero otwarte granice na świat, pokazują drogę do sukcesu, tym pierwszym, najlepszym. Anka także walczy, by wspiąć się na szczyt. I właśnie poprzez Annę, możemy jeszcze raz cofnąć się w czasie, by zrozumieć wiele rzeczy, które przytrafiły się jej matce i babce. To Anna otwiera nam oczy na niejedno wydarzenie, z przeszłości, to jej zwierza się babcia. Poznajemy dzięki niej prawdziwe oblicze Zosi. Przeżycia są niezwykle ciekawe, wciągające, lecz mam wrażenie, że dostałam więcej, dostrzegłam, że historia kołem się toczy, że dobrze jest znać swoją przeszłość, swoich przodków. Oprócz pięknej historii, książka pod koniec staje się głębsza, mocniejsza, niemal przekształca się w intrygujący, psychologiczny thriller.

Gdy czytam książki z historią w tle, łapczywie łaknę faktów, ciekawią mnie rzeczywiste sytuacje, wielkie daty stojące za pojedynczymi istnieniami. Fascynuje mnie powstająca historia, którą sczytuję jakby działa się na moich oczach, którą tworzą ludzie, nieświadomi jej przyszłej wielkości. W tej książce rozpoznaję wiele poszczególnych sytuacji z czasów II Wojny Światowej, z czasów PRL-u, krótkie, rzetelne powtórki z historii. Nie drażni mnie, że są pokazane tylko wybrane „fragmenty” wojny, są za to opisane dokładnie, wpasowane w życie poznanych kobiet. Znam już ich przebieg, więc mogłam spokojnie skupić się na przeżyciach bohaterów. Przeskoki akcji, zasiewają w nas niepewność co do losów bohaterek, ale i rozwijają ciekawość, dozują napięcie. Ramy czasowe zmieniają się bardzo harmonijnie, nie psując efektu całości. To była niezwykle przyjemna i owocna próba, zakończona sukcesem ;-)

10/10

 

 

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta. David Mitchell.

P1280727 (2)W swojej czytelniczej podróży, nie raz przekonałam się, że zejście z utartych literackich ścieżek może być czasem ciekawym i zaskakującym doświadczeniem.  Idąc tym tropem, sięgnęłam po tę powieść i odwiedziłam Japonię z przełomu XVIII i XIX wieku, która była wówczas zamkniętą przed światem wyspą. Cesarz Mutsuhito otworzy jej granice dopiero w 1869r  gdy zakończył trwającą 200 lat politykę samoizolacji Japonii. Na razie jednak, Japonią rządzą shogunowie, choć także  podstęp, chciwość, korupcja i żądza. Japonia ukazuje się nam jako niezwykle niebezpieczny kraj nie tylko dla cudzoziemców. Obcokrajowcy mają zakaz wstępu do kraju, także obce religie, w tym i chrześcijaństwo są zakazane. Żaden Japończyk nie może opuścić kraju. Jedynym miejscem kontaktu ze światem jest sztuczna wyspa Dejima u wybrzeży Nagasaki. Tam właśnie przybija statek holenderskiej kampanii handlowej, która ma wyłączność na handel z Japonią w tamtym czasie. Tyle faktycznej historii, w której autor zwinnie umieścił fikcyjna fabułę. Statkiem tym przybywa młody urzędnik Jacob de Zoet, który zajmuje się sprawdzaniem portowych ksiąg handlowych. Niedoświadczony, praworządny, naiwny idealista będzie musiał zderzyć się z brutalnym, obcym światem. Urzędnik ma zamiar zarobić fortunę i wrócić do ojczystego kraju, gdzie czeka na niego ukochana kobieta Anna. Nie ma pojęcia jak ten obcy kraj zmieni jego życie. Wielki wpływ na Jacoba ma jego osobisty tłumacz Ogawa Uzaemon, młody Japończyk pełny ideałów, zafascynowany europejską nauką i myślą polityczną. Pojawia się pomiędzy nimi kobieta, intrygująca, niezwykła akuszerka z blizną na twarzy. I tu wydaje się, że miłość będzie napędzać akcję. Miłość istnieje, jednak jest zaledwie kluczem do poznania niesamowitych dramatów, jakich będziemy bezsilnymi świadkami. Na tym tle poznajemy bardzo wyraziste postacie, zmieniające się, dojrzewające pod wpływem przeżyć i wydarzeń, które dzieją się wokół nich.

Książka zaczyna się niezwykle intrygująco. Akuszerka Orito odbiera niezwykle trudny poród konkubiny pewnego wysoko postawionego Japończyka. Lekarz może się tylko przyglądać z boku, takie panują zasady, położna ratuje wykrwawiającą się kobietę, dzięki rysunkom z książek medycznych swojego ojca lekarza, które tkwią w jej głowie. Książek, które według Japończyków, pochodzą z barbarzyńskiej Europy. Ocalony niemal cudem noworodek, chłopczyk odegra niesamowitą rolę, w życiu akuszerki, będzie miał wpływ na jej los. W książce spotykamy wiele takich przenośni, niedomówień. Jakby los Japończyków z nich drwił, decydował za nich. Po pierwszym rozdziale akcja zwraca się ku Jacobowi, który właśnie zawitał do japońskiego portu. Wtedy książka mnie zaczęła nużyć, pomimo, iż dostrzegam jej potencjał, jej wszechstronne zalety. Jest jak Japonia, nie do końca zrozumiała dla obcokrajowca. Akcja wydawała mi się niespieszna, dokładne, barwne opisy sytuacji, czy postaci, są świetnie skonstruowane, jednak dla mnie zbyt dużo w nich egzotyki. Wciągnęła mnie natomiast historia kobiety z blizną na twarzy Aibagawy Orito, położnej, lekarki kobiety rządnej wiedzy, tak trudno dostępnej w Japonii, pragnącej pomagać ludziom. Niestety, przeznaczony dla niej jest inny los. Dzięki niej poznajemy życie kobiet japońskich w tamtych czasach. Z fascynacją podążałam za nią wgłąb Japonii, niedostępnej dla obcokrajowców, wraz z jej okrutną dolą trafiłam do tajemniczego klasztoru o okrutnych praktykach. Poznałam nieuniknione przeznaczenie ludzi wykluczonych ze społeczeństwa w ówczesnym świecie. Bardzo żałuję, że historia Orito to mniejszość książki, bo to dzięki niej przetrwałam lekturę. Zakończenie jest zaskakujące, niebanalne, zdołało mnie usatysfakcjonować. Wynagrodziło to, co zarzucam książce, zbyt długie, misternie utkane opisy sytuacji oraz postaci, które zlewały mi się niestety w jedno. Poczułam także klimat tamtej rzeczywistości, obraz namalowany piórem Mitchella jest bardzo wiarygodny. Doskonale pokazał również zderzenie kultur, Japońskiej opartej na bardzo sztywnych zasadach, gdzie ogromnie ważną rolę odgrywa etykieta, oraz luźniejszej, bardziej otwartej na nowoczesność europejskiej. Powieść pełna korupcji, intryg, matactw, szpiegów, pilnie strzeżonych tajemnic, skrytobójstwa. Rozumiem zachwyt nad powieścią, nad kunsztem pisarza, jednak ja zdecydowanie zostaję przy jednej jego książce.

5/10

Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka – Swietłana Aleksijewicz.

P1290606„Przez siedemdziesiąt z górą lat w laboratorium marksizmu-leninizmu wyhodowano odrębny gatunek – „homo sovieticus”. Jedni uważają go za postać tragiczną, inni u nas mówią o nim pogardliwie „sowek”. Wydaje mi się, że znam tego człowieka, że jest mi bliski, że jestem jego sąsiadką, przeżyłam wiele lat tuż koło niego. Ten człowiek to ja. A także moi znajomi, przyjaciele, rodzice.”

Cieszę się bardzo, że ta książka czekała na mnie aż do teraz, czyli do czasu, gdy czytam wolniej, gdy nie odczuwam presji; że bardzo chcę przeczytać określoną ilość książek w roku. Dlatego, że to nie jest lektura łatwa, lekka ani przyjemna a do tego bardzo gruba, ponad 500 stron. Czytałam więc długo, w spokoju i skupieniu, dokładnie tak jak należy.

Swietłany Aleksijewicz, białoruskiej pisarki i dziennikarki chyba nie muszę przedstawiać, szczególnie po zeszłorocznym wyróżnieniu, które całkowicie zasłużenie ją spotkało – Literacka Nagroda Nobla, po raz pierwszy w historii nagroda ta powędrowała do autorki reportażu literackiego, po raz pierwszy na Białoruś. W Polsce została wyróżniona, za tą właśnie książkę, nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jej książki są zakazane na Białorusi, w Mińskich księgarniach pojawił się co prawda pięciopak dzieł, jednak kosztuje tyle, co trzy nauczycielskie pensje. Mnie oczarowała „Czarnobylską modlitwą”, po której stała się jedną z moich ulubionych reportażystek. Jak sama o sobie mówi; pokazuje historię, nie jako historyk, lecz jako humanista, szczerze zdziwiony człowiekiem. Nie komentuje wydarzeń, nie wtrąca swoich opinii, zostaje absolutnie bezstronna, pozwala mówić świadkom danej historii, którzy długo pozostawali niemi, i którzy wciąż nie są pewni, czy mówić im wolno.

Wracając do czasów używanych. Książka jest o tym, co stało się z radzieckim człowiekiem po upadku ZSRR,  próbuje wyjaśnić dlaczego w ogóle to wielkie imperium upadło. Świat, może nawet tak bliski sąsiad jak my, nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jest to proces niedokończony, że w duszy Rosjanina, jego wielki kraj nie do końca umarł, wielu stało się niewolnikami czerwonej idei. Książka składa się z dwóch części. Pierwsza zawiera relacje ludzi z lat 1991 – 2001, to lata pierestrojki gorbaczowskiej oraz wolności jelcynowskiej. Koniec imperium przynosi zachłyśnięcie się wolnością, kapitalizmem, ale również wojny i mordy na tle etnicznym. Jedni  demonstrują na wiecach, inni w tym czasie rozdzielają fabryki i gaz, albo handlują na polskich targach…wszystkim. Druga część książki to materiał zebrany w latach 2002 – 2012, pokazuje jak trudno porozumieć się pokoleniu, które nosi w duszy piętno ZSRR, a tym, które urodziło się już po przemianach. Młodszych nudzą westchnienia i wspomnienia rodziców, oni nie chcą czytać Sołżenicyna, zakazanego niegdyś, w którego lekturach zanurzają się starsi, poznając nowe oblicze  przeżytych czasów. Obydwie części zaczynają się rozdziałem „Z gwaru ulicznego i kuchennych rozmów”. Są to relacje ludzi, często anonimowych, spotkanych na ulicy, którzy wyrzucają swoje żale i tęsknoty. Czują się oszukani, porzuceni. W następnych rozdziałach bohaterowie przedstawiają się z nazwiska, znamy ich wiek i stanowisko. Są wśród nich byli kierownicy, sekretarze partii, ludzie kiedyś szanowani, budzący powszechny strach przed władzą. Związek Radziecki przedstawiał wszystkich ludzi równych. Wszyscy, wydawało się, myślą i czują to samo. Przeżywają wspólnie tę samą biedę i podążają w jednym kierunku. Książka pokazuje, że każdy człowiek ma własną, duszę i każdy ma coś do powiedzenia. Bohaterowie identyfikują się z czasami głębokiego socjalizmu, które ich ukształtowały od kołyski. Ludzie Ci oskarżają komunizm o swój los, jednocześnie usprawiedliwiając jego socjalistyczne ideologie, w które niejednokrotnie wciąż wierzą. Żyło się dla idei, dla państwa, dla przyszłości, nie dla rodziny, nie dla siebie. Niemal każdy przeżył aresztowanie kogoś w rodzinie, zamknięcia w łagrze. Bardzo często przyczyniały się do tego donosy kogoś z rodziny lub sąsiadów. Ofiara i kat żyli obok siebie, dobro i zło. Nikt nie miał odwagi odezwać się głośno. Nawet teraz zwierzając się autorce, niektórzy mówią niepewnie, jakby wciąż się obawiali. Wypowiadają się ludzie z różnych warstw społecznych, z różnych stron byłego Sojuza. Jest ich bardzo dużo, ale pewnie właśnie dlatego, że autorka chciała udzielić głosu cichym bohaterom z każdego zakątka ogromnego mocarstwa.

„Przed rewolucją 1917 roku Aleksander Grin napisał: „A przyszłość jakoś przestała być na swoim miejscu.” Minęło sto lat i znowu przyszłość nie jest na swoim miejscu. Dostały się nam czasu używane, czasy secondhand.”

Dlaczego Rosja potrzebuje silnej ręki nad sobą i kartek na żywność? Czy świadomość jej ogromu, dawała władcom siłę i odwagę do prób i chęci zapanowania nad całością, nad każdym człowiekiem? Z pewnością w tej książce znajdziemy wskazówki, by próbować sobie odpowiedzieć na takie pytania, wsłuchując się w jednostki, bez których nie byłoby Związku Radzieckiego…

Książka Swietłany po raz kolejny dotyka do żywego, boli bezradnością człowieka zagubionego w nowej, nieznanej i wciąż zmieniającej się rzeczywistości. Boli ogrom niezrozumiałego nieszczęścia, którego doświadczył każdy opowiadający. Odbiera nam czytelnikom spokój i poczucie bezpieczeństwa.  Może zbyt wiele tych tragicznych opowieści, ale każda jest odrębnym, osobistym przeżyciem wspólnej wielkiej historii. Nad każdą historią pochylałam się indywidualnie, czując, że tworzy coś wielkiego, tragicznego, że to działo się gdzieś obok, niedaleko i miało wpływ na historię obecnej Europy.

Książka dla ludzi ciekawych świata, interesujących się historią XX wieku, oraz tych, którzy otarli się o tą część historii, którzy odczuwali dudnienie ziemi podczas defilad na Placu Czerwonym. Nawet, jeśli wiemy co nieco o tamtych czasach, o komunizmie, niektórych sytuacji nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Czytając bezpośrednie zwierzenia, czujemy, jakbyśmy przez chwilę tam byli. Co ja znajduję w jej książkach? Zwykłego, jednocześnie niezwykłego w swej odrębności człowieka, który tworzył historię, którego historia gubi gdzieś w swojej wielkości, który w naszej historii, był tuż obok, bardzo blisko.

9/10

Tatiana i Aleksander. Paullina Simons.

P1290584 (2)Długo czekałam na dalsze losy tej pary, bo aż pół roku. Gdybym miała przy sobie drugą część tej wspaniałej trylogii wtedy, gdy skończyłam czytać pierwszą, czyli „Jeźdźca miedzianego„, rzuciłabym się w wir powieści od razu. Nigdy jednak nie kupuję z góry całej serii, kupuję tylko pierwszą, bo nigdy nie wiadomo, czy mi się spodoba, czy będę chciała sięgnąć po kolejną? Tym razem chciałam i to bardzo! Jednak jest tyle wspaniałych książek, że musiało to trwać aż tak długo. No, ale wreszcie przeczytałam! Oj, trzeba było mi takiej książki na ten początek roku. Takiej, dodającej sił do działania. Takiej, która pokazuje, że pragnienie osiągnięcia celu dodaje skrzydeł. 

Bezduszna wojna, oraz trudne losy młodych ludzi, zazębiają się tworząc jedną, niesamowitą historię. Po raz kolejny miłość, pragnienie, tęsknota, oraz wspomnienia wspólnie spędzonych chwil, dodają bohaterom sił by przezwyciężyć trudy wojny, by przetrwać najgorsze. Simons pokazała piękną i wzruszającą miłość, pełne odwagi koleje losu młodych ludzi, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo chciała przekazać nam coś więcej. Chciała, by świat ujrzał również bezlitosny obraz tamtej wojny. Okrucieństwo, które miało zostać ukryte pod płaszczem wojny a pamięć pogrzebana wraz z jej końcem. Udało jej się, pokazała to pięknie. Przekazała nam wiele faktów o tamtych czasach, bezwzględne oblicze aparatu sowieckiego wobec swoich obywateli. Na przykładzie Aleksandra pokazała światu jak państwo traktowało swoich żołnierzy, którym kazano walczyć do śmierci, kto trafił w ręce wroga jako jeniec, stawał się zdrajcą. Aleksander, który wciąż walczy w Armii Czerwonej, zostaje wcielony do karnego batalionu, czyli wysłany na pewną śmierć. Przeżycia żołnierzy wydają mi się prawdziwe, szczere, są wiernie i umiejętnie oddane, ich cierpienie, oraz stan psychiczny, a także cechy charakteryzujące politykę traktowania jeńców wojennych, czy wrogów państwowych. Lekcja historii, lekcja życia.

Spodziewałam się – w drugiej części – spotkania i wspólnej sielanki Tatiany i Aleksandra, których wojna – w poprzedniej części – rozdzieliła o wiele tysięcy kilometrów. Jednak rozdział za rozdziałem przekonywałam się, że to nie będzie takie proste, że przyjdzie mi czekać, lecz nie bezczynnie. Działo się tyle, że nie łatwo było odłożyć lekturę nawet na chwilę. Czytałam, wstrzymując oddech. Zresztą, jakby inaczej, mogłam się tego domyślić, ponieważ Paullina pokazuje piękną miłość, ale piękną właśnie dlatego, że przeszła wiele, że rozwijała się w czasach próby. Myślałam, że ich ponowne spotkanie będzie oczywiste, zwątpiłam jednak śledząc podążającego przez wojenną Europę Aleksandra, który nieustannie natrafiał na przeszkody, brnął do przodu, ku zachodowi, zdobywając kolejne fronty, gnany tęsknotą i nadzieją; że Tatiana, jego żona przetrwała, że niebezpieczny plan ucieczki ze Związku Radzieckiego powiódł się, pomimo wojennej zawieruchy. Walczy o przetrwanie w więzieniach i obozach, tylko po to, by ponownie trafić w bezwzględne ręce NKWD. Część druga skupia się bardziej na Aleksandrze, który jak wiemy z poprzedniej części, został w ogarniętej wojną Rosji, aresztowany, oskarżony o zdradę państwa. Skupiamy się na jego życiu, wracamy nawet do czasów, gdy rodzice przerwali mu szczęśliwe dzieciństwo, które wiódł w Bostonie i przywieźli go do ZSRR, prosto pod rządy Stalina, wierząc ślepo w socjalistyczne idee. Cofamy się więc w czasie, przypominamy sobie sytuację z pierwszej części, a także szczegóły z życia Aleksandra o których nie wiedzieliśmy. A więc czytelnik, który jakimś cudem znalazłby się tu, nie czytając wcześniej „Jeźdźca miedzianego”, z pewnością rozeznałby się w sytuacji. Ja z początku poczułam zawód i powiew nudy, bo przecież to wszystko zostało już powiedziane, po co to rozwijać. Był to jednak chwilowy błysk, który bardzo szybko zgasł. Tak jakby autorka chciała nam wszystko jeszcze raz powtórzyć. Potem akcja nabiera tempa, oraz nagłych zwrotów. Dzieje się dużo, napięcie trzyma do samego końca.

Tatiana z synkiem szczęśliwie dotarła do Nowego Jorku, lecz nie mogła zaznać szczęścia trzymając w ręku akt zgonu swojego męża. Czas, oraz spokojna w obliczu wojny światowej Ameryka, pozwoliły jej na analizę ostatnich chwil spędzonych z ukochanym, ostatnich wypowiedzianych słów. Wspomnienia, coraz bardziej utwierdzały ją w przekonaniu, że on żyje! Ona uciekła od wojny, od pewnej śmierci, uciekła do raju, o którym opowiadał jej Aleksander, do którego ją przysłał, ale bez niego stoi w miejscu, nie może iść do przodu żyjąc w uciążliwej niepewności. Poszukuje jakiegoś śladu, porusza niebo i ziemię, żeby uzyskać jakiekolwiek informacje o swoim mężu.

„Bóg próbował jej wszystko ułatwić, ze wszystkich sił starał się, by zapomniała. Daję ci to wszystko, powiedział. Daję ci wolność i słońce co dnia, ciepło i wygodę…Daję ci młodość i urodę, jeśli zapragniesz, by ktoś jeszcze cię pokochał. Daję ci tętniący życiem Nowy Jork. Pory roku i Boże Narodzenie. Baseball, tańce, brukowane ulice i lodówki, samochody i ziemię w Arizonie. Daję ci to wszystko. Proszę tylko, żebyś o nim zapomniała i przyjęła mój dar. Tatiana przyjęła go ze spuszczoną głową.”

Pierwszej części można zarzucić przesłodzone sceny miłosne. Drugiej, niezłomność człowieka żołnierza, który raz za razem, cudem unika śmierci…Można, ale nie trzeba, bo czasem potrzebujemy więcej ekspresji w przekazie, by do nas bardziej dotarł. I czasem chcemy czytać takie przerysowane nieco książki, choćby tylko po to, by popłakać nad lekturą. Piękne jest to, że pomimo dzikiej i bezdusznej  wojny, której szczegóły poznajemy dokładnie, pomimo bezwzględności i niepewnej przyszłości w Związku Radzieckim po wojnie, im się udało. Oni wygrali!

Nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć w przyszłości po ostatnią część „Ogród letni”, oraz kto wie, może i inne książki Paulliny, czyli 10/10

Podsumowanie roku 2015

P1290552Rok 2015 minął błyskawicznie, minął pod znakiem czytania. Był to rok, w którym myślałam o książkach więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Zorientowałam się w nowościach literackich, nie wszystkie umieściłam na liście „do przeczytania”, poznałam nowych autorów oraz przekonałam się do niektórych gatunków. Zakupy w księgarniach robiłam bardzo świadomie, mając na uwadze, że będę książkę polecać, lub nie. Moja świadomość, czyli wymagania i pragnienia czytelnicze bardziej się wyostrzyły. Moja domowa biblioteczka powiększyła się o wspaniałe pozycje, inne, które mniej mnie zachwyciły poszły dalej, czyli remanent zaliczony ;-) Nie wszystkie przeczytane zostały przeze mnie zrecenzowane. Czasem zabrakło czasu, a gdy minie go więcej, wrażenia po przeczytaniu niektórych książek zacierają się. Czasem wydawało mi się, że nie chcę pisać o którejś z nich, bo wystarczy, że ją przeczytałam i nie chcę do niej wracać.

Zastanawiam się, która książka jest dla mnie przebojem minionego roku. To bardzo trudne, wiele pozycji zachwyciło mnie, wiele wciąż wspominam i polecam. Były książki, które czytałam z prawdziwą przyjemnością, były i takie, które po prostu warto przeczytać, choćby ze względu na wartość historyczną, na prawdziwe, lecz niezwykłe przeżycia bohaterów. Nie żałuję nigdy żadnej przeczytanej, nawet takiej, która mnie znudziła. Pisałam już, że książki Charlotte Link czytałam z wielką pasją i przyjemnością, będę to robiła nadal. Chciałabym jednak wyróżnić „Gołębiarki”, wyprzedzają niemal o włos wiele innych, jest to książka wyjątkowa pod wieloma względami. Czas spędzony z tą książką to czas niesamowitych emocji, które z nas wyciąga. Niezwykła podróż w czasie, historia, która wciąż zatacza kręgi i niesamowici ludzie, którzy przypominają nas samych.

Zaczynając kolejny Nowy Rok, wciąż czytam i nadal planuję pisać. Rezygnuję natomiast z presji przeczytania określonej z góry ilości książek. Zdarzało się, że czytanie przegrywało czasem walkę z innymi zajęciami i odwrotnie, czyli traciło swój cel – przyjemność. A więc wciąż jestem, bo czytam ;-) , ale na swoich warunkach.

Życzę wszystkim wielu wspaniałych książek przeczytanych w Nowym Roku! :-)

Echo winy. Charlotte Link.

KsiążkaZaKsiążkąCharlotte Link jest 52 książką przeczytaną przeze mnie w tym roku, czyli plan przeczytania, właśnie tylu książek został wykonany. Wybrałam tą autorkę świadomie, ponieważ jej książki są dla mnie największym odkryciem tego roku. „Echo winy” był jednym z tytułów, które bardzo chciałam przeczytać. Wydawało mi się, że ten tytuł znam, że słyszałam o nim, zanim świadomie mogłam przypisać go właśnie Charlotte.

Tęskniłam już za jej powieściami, za galopującą akcją, łatwo przyswajalnym językiem, różnorodnymi postaciami. Jak zwykle wciągnęłam się od pierwszej strony, co wcale nie oznacza, że ta pozycja jest świetna. Na tym polega fenomen Link i za to ją lubię; jej książki czyta się tak wspaniale, nawet jeśli nie urzekają nas treścią. Nie ma opcji, by nas znudziły. Postacie są bardzo charakterystyczne, ciekawe i z pewnością zmuszają nas do głębszej analizy nad ich zachowaniem. Postacie z tej powieści, nieco mnie jednak denerwowały i to wszystkie. Usilnie próbowałam kibicować którejś z nich, niestety bezskutecznie. Dlatego było mi bez różnicy, kto okaże się tym najgorszym. Pomimo przypuszczeń, nie odgadłam tego do końca książki, to jeden z jej plusów. Fabuła ciekawa, dużo się dzieje. Tytułowe echo winy z odległej przeszłości, nieustannie prześladuje bohaterkę. Podobno ma wpływ na jej postępowanie w obecnym życiu, jednak spodziewałam się bardziej wyrazistych jego oddźwięków.

Częściowo możemy domyślać się paru faktów, gdy sięgamy po kolejną książkę Pani Link. Tym razem miejscem akcji, znów jest Anglia. Poznajemy także niemieckie małżeństwo, podobnie jak w „Domu sióstr”. Livię i Nathana Moore, którzy podróżują jachtem. Niestety zdarza się wypadek, podczas którego ich jacht tonie. Rozbitkowie uchodzą z życiem, jednak wraz z jachtem stracili cały swój dobytek. Wydaje się, że mają szczęście, gdy Virginia Quentin przygarnia ich tymczasowo pod swój dach. Mąż Virginii, Frederic, angielski bankier i ambitny, raczkujący polityk, nie podziela zdania żony, jednak przymyka oko na nieproszonych gości. W tym czasie w okolicy zostają popełnione dwa morderstwa, najokrutniejsze z możliwych, ponieważ ofiarami są małe dziewczynki. Virginia wikła się w romans, przez co nie zauważa, że bezpieczeństwo jej siedmioletniej córeczki Kim, jest również zagrożone. Zabójca wciąż grasuje i próbuje zwabić kolejną ofiarę. Przez całą książkę śledzimy jednocześnie pewną małą bohaterkę, która jest tuż, tuż od katastrofy. Ta fabuła sprawia, że czujemy trudną walkę z czasem.

Temat okrutny, warty dostrzeżenia. Dobrze się czyta, ponieważ nie ma brutalnych opisów zbrodni, pojawia się po prostu fakt i toczy się śledztwo, a inni bohaterowie żyją własnym życiem nieświadomi, że zło czai się tuż za rogiem. Nie czuję rozczarowania, choć z pewnością to nie jest przodująca powieść Charlotte. Czytałam o wiele lepsze i mam nadzieję jeszcze przeczytam.

Ocena 6/10

Zapach cedru. Ann-Marie MacDonald

KsiążkaZaKsiążką

KsiążkaZaKsiążką

Zapach cedru to zapach wspomnień. Z  początku pięknych, ale potem już tylko bolesnych, wypieranych z pamięci, zamkniętych na strychu; bo właśnie w skrzyni z tego szlachetnego drzewa rodzina Piperów przechowuje swoje pamiątki.

13 letnia Materia, córka bogatych, libańskich imigrantów, ucieka z domu z biednym stroicielem fortepianów. Biorą ślub i zostają wyklęci przez rodziców. Młody małżonek Jakub, który od swojego ojca nauczył się sięgać w życiu po więcej, robi wszystko, by zapewnić byt swojej rodzinie. Jednak czas pokazuje jak różne oczekiwania od życia mają młodzi małżonkowie. Jakub uważa się za inteligentniejszego i zaczyna traktować Materię z pogardą. Na świat przychodzi ich córka, piękna Katarzyna o cudownym głosie, od razu staje się oczkiem w głowie Jakuba, który ją rozpieszcza. Izoluje córkę od matki, uważając, że przeszkodzi ona w jej rozwoju intelektualnym. Tak samo postępuje z kolejnymi dziećmi, które przychodzą na świat. Tak zaczyna się historia tej rodziny, historia pełna marzeń, dramatów i tragedii. Wydaje się, że ta książka będzie właśnie o Katarzynie, nic bardziej mylnego. Z Katarzyną rozstajemy się niespodziewanie, jednak czujemy jej obecność przez cały czas i wracamy do niej pod koniec książki, by odkryć największą tajemnicę rodziny, tajemnicę, którą Katarzyna ukrywała i której konsekwencje odczuwali wszyscy członkowie rodziny. Bohaterzy przyjmują spokojnie wszystkie nieszczęścia, którymi obdarza ich los, zachowują kamienną twarz. Prawdziwe dramaty dotykają tą rodzinę, a każdy jej członek inaczej je odczuwa, przeżywa indywidualnie, nie zdradza się z uczuciami, trzeba wniknąć w duszę bohatera, by go poznać. Konsekwencje tych przeżyć ujawniają się przez wiele lat, powoli zmieniając każde z nich w inny sposób. Zło, które zadomowiło się w tej rodzinie, powoli, lecz gorliwie kształtuje naszych bohaterów. Losy rodziny są niezwykłe, ciekawe i bardzo skomplikowane. Dla mnie zbyt wiele cierpienia. Jestem wrażliwa na krzywdę dzieci nawet w książkach. Czytam je z bólem serca. Koniec z pewnością zaskakuje, wywołuje wielkie emocje! Mnie oburzył, choć w podświadomości domyślałam się puenty. W książce nieustannie towarzyszy napięcie, akcja, zagadki, które wciąż stopniowo odkrywamy, rozwiązujemy.

Oprah Winfrey napisała, że ta książka to szalona jazda! Zgadzam się z nią całkowicie. Temat skomplikowanych losów rodziny Piperów nie każdemu przypadnie do gustu, jednak nie można przejść obojętnie obok tej książki. Po przeczytaniu, spędza sen z powiek, jeszcze przez parę nocy. W tej książce nic nie jest jasne, spotykamy mnóstwo niedomówień, skupiamy się, a mimo to, uderzamy w  domyślniki jak w mur. Rozumiemy tylko to co musimy, żeby nie rzucić książki w kąt, żeby ciekawość kazała nam przewracać niecierpliwie i zachłannie kartki. Sytuacje postrzegamy oczami dzieci. Rozumiemy tyle co one obserwując świat dookoła. Horyzonty naszej wiedzy poszerzają się, gdy dzieci dorastają. Ich świat ukazuje się w szerszym wymiarze, niezrozumiałe rzeczy stają się oczywiste, lecz i skomplikowane. Fakty z czasem zaczynają się przed nami rozbierać, co wciąga coraz bardziej. Czujemy, że tajemnic do odkrycia, do zrozumienia sensu jest więcej, że życie tej rodziny, posiada drugie dno. Czytelnik domyśla się tego od początku książki, jednak nie ma pojęcia w którą stronę poprowadzi go autorka. Akcja dzieje się w Kanadzie na początku XX w, gdzieś w oddali słychać echa dwóch wojen światowych. Książka o wyborach i ich konsekwencjach ciągnących się w przyszłość. 

Nie tego się spodziewałam patrząc na okładkę. Nie zachwyciła mnie ta książka. Nie trafiła w mój gust, nie spełniła moich oczekiwań, choć nie było najgorzej. Nie znudziła mnie i dotarłam do końca, mało tego, nie zdołałam zapomnieć o bohaterach od razu po jej odłożeniu. Daję 5/10

 

Gołębiarki. Alice Hoffman.

„Szliśmy przed siebie, wierni, którzy nie mają nic, w co mogliby wierzyć”

KsiążkaZaKsiążką

KsiążkaZaKsiążką

Czytając tak wspaniałe książki nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sięgam gdzieś wyżej. Książka spodobała mi się już z samej okładki; biła od niej siła, tajemnica, po prostu musiałam ją poznać, odrzucając inne czekające w kolejce. Zanim znalazła się w moich rękach, miałam obawy, czy przełknę te starożytne czasy, które kojarzę głównie z brutalnych wojen. Alice Hoffman, znana mi do tej pory jedynie ze słyszenia, doskonale sprostała zadaniu i pokazała mi w piękny sposób prawdziwy, chwilami okrutny obraz swoich przodków. Doskonale oddała atmosferę czasów oraz portret społeczeństwa. Natchnienie przyszło do niej podczas zwiedzania górskiej Twierdzy Masady, miejsca owianego niezwykłą legendą, którą pisarka wybrała na główne miejsce akcji powieści. Na pierwszy plan wysuwają się kobiety, które nie różniły się od nas współczesnych, w odczuwaniu emocji, w wielkiej determinacji, w pragnieniu szczęścia.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/1/14/Israel-2013-Aerial_21-Masada.jpg/800px-Israel-2013-Aerial_21-Masada.jpg

Masada. Zdjęcie źródło wikipedia.

„Wszyscy byliśmy w rękach Boga i w tym sensie pozostawaliśmy siostrami i braćmi, bez względu na to, skąd przyszliśmy. Byli tam wojownicy, skrytobójcy, buntownicy, którzy popełnili zbrodnie, i tacy, którzy twierdzili, że padli ich ofiarą. Byli ludzie uczeni i grabarze, garncarze i pasterze kóz, ludzie prości i tacy, którzy czytali po aramejsku, hebrajsku, po łacinie i w grece. Byli wypędzeni z Jerozolimy i ci, którzy umknęli z płonącego Jerycha, a także uciekinierzy z wiosek takich jak nasza. Oto mieszkańcy Masady.”

Twierdza Masada, wybudowana przez króla Heroda Wielkiego, na zboczu góry, na pustyni Judzkiej. Była nie do zdobycia. Świetnie przemyślany i zaopatrzony kompleks pałacowy, który posiadał doskonały i skomplikowany system dopływu świeżej wody, życiodajne ogrody i sady. Dzięki temu, nawet siedemdziesiąt lat po śmierci Heroda w 66 r n. e., gdy twierdzę zajęli Zeloci, którzy schronili się w niej przed Rzymianami, byli samowystarczalni. Wierzyli, że rzymskie wojska tam ich nie dosięgną. Zeloci to odłam polityczno – religijny, który nie uznawał poddaństwa Żydów wobec Rzymian. Masada była ostatnim bastionem, punktem oporu w trakcie Wojny Żydowskiej, czyli powstania, buntu narodu Żydowskiego przeciw panowaniu Rzymian. Do dziś miejsce to jest dla Żydów symbolem bohaterstwa narodu żydowskiego. Tyle o historii, na kanwie której Alice Hoffman napisała niezwykłe losy czterech żydowskich kobiet. Historii, która zainteresowała mnie dzięki tej książce. Nigdy nie lubiłam filmów o tej tematyce, o tym okresie w historii, których bohaterami byli dzielni wojownicy, gdzie wojna i walka to główny temat, niemal sens życia mężczyzn. W powieści nie brakuje brutalnych scen, których z pewnością nie chciałabym oglądać, natomiast lektura sprawia, że moja wyobraźnia nie pokazuje więcej, niż mogłabym znieść. Książka mnie porwała, kupiła, sprawiła, że szukałam wiadomości o tamtych wydarzeniach i niesamowitych zdjęć Masady, której ruiny obecnie można zwiedzać.

One – gołębiarki, spotkały się przy ciężkiej, niewdzięcznej pracy w gołębniku, pracy do której przydzielili je mężczyźni, która jest metaforą losu żydowskich kobiet w tamtych czasach. Próbują normalnie żyć w czasach chaosu. Każda z czterech bohaterek posiada inną przeszłość, każda dźwiga niezachwianie odmienne brzemię, trwają dzielnie w trudnych, szczególnie dla kobiet, czasach i lgną niestrudzenie ku niepewnej przyszłości. Kobiety trafiają do twierdzy z różnych stron uciśnionego państwa izraelskiego. Dzięki temu poznajemy dzieje całej Jerozolimy. W twierdzy splatają się ich losy. Poznawały się pracując razem, mieszkając obok siebie, pomagały sobie, zawierały przyjaźnie. Początkowo nieufne, odkrywają nam swoje tajemnice i nieśmiało tworzą wspólną przyszłość. Wiedzą, że aby przetrwać muszą trzymać się razem. Niezmordowana siła kobiecej natury, ale i delikatność, doskonale umiejscowiona w tamtych czasach, gdy kobiety były w cieniu, w czasach, z których historia pamięta głównie wielkie walki, dzielnych wojowników. 70 r n. e. to także czasy, w których wielką rolę odgrywa kobieca magia, niedostępna i przerażająca dla mężczyzn. Pisarka pokazała nam nowe oblicze tego co oczywiste; te czasy, ta wojna z perspektywy kobiet. Kobiet pośród nieustraszonych wojowników i brutalnych barbarzyńców.

Narratorką jest każda z bohaterek po kolei. Nie zawsze podoba mi się w książkach zmiana miejsca akcji, czy narracji, natomiast w „Gołębiarkach” śmiało uznaję to za atut powieści. Każda kolejna historia jest ciekawsza, narratorka odkrywa przed nami swoją przeszłość, dzięki temu wnikamy w jej duszę; poznajemy sekrety, które intrygują czytelnika, tajemnice które nie były zauważone przez kobiety opowiadające wcześniej. Każda z nich była wielką zagadką, którą bardzo chciałam poznać, pomimo okrutnych losów, które miały za sobą. Zbliżamy się do każdej z nich, stajemy obok, łączymy się w cierpieniu, snujemy wspólne plany, wnikamy w treść powieści. Mam wrażenie, że poznałam tamte czasy i bohaterów osobiście. Ostatnią kartkę zamknęłam parę dni temu, jednak wciąż myślę o poznanych kobietach, niezwykle fascynujących przyjaciółkach. Oto one:

Jael córka skrytobójcy, obwiniana przez ojca za śmierć matki przy porodzie.

„Wiedziałam, że zna język ciszy. Nie zapytałabym jej o przeszłość, tak jak nie zwierzyłam jej się z własnych czynów.”

Riwka żona piekarza, która wychowuje swoje wnuki po okrutnej śmierci swojej jedynej córki.

„W tamtej chwili, przykucnąwszy obok, przemieniłam się w coś, co nie było kobietą”.

Aziza młoda wojowniczka.

„Tamtej nocy zdecydował się mój los i to, kim się stałam.

Szira czarownica z Moabu.

„Muszę myśleć trzeźwo i nie ulegać namiętnościom, bo to ona sprawia, że kobiety się topią”.

Książka także o miłości; małżeńskiej, kochanków, miłości do dzieci, do siostry, brata, do spokojnego kraju dzieciństwa. Dzielnie wybiegająca poza ramy patosu, ale i przeciętności. Postacie pieczołowicie wykreowane, ciekawe i wyraziste. Klimat powieści wyciszający, język liryczny, płynny, zwiewny, subtelny. Książka, mimo ciężkiej tematyki dodaje sił, krzepi. Jednym słowem”Gołębiarki” to książka niezwykła. Dla mnie fascynująca. Zostanie ze mną na bardzo długo, być może na zawsze, jak niezwykła podróż, jak oszałamiające przeżycie.

10/10

Biała Perła. Kate Furnivall.

 

Biała Perła

Rok 1941,  Azja Południowo – Wschodnia, Malaje. Brytyjka, Connie Hadley jest żoną wielkiego plantatora kauczuku w Palurze. Palur był miastem, które Anglicy zbudowali dla Anglików, by zademonstrować tubylcom, jak żyją cywilizowani ludzie. Connie, nie podobały się prawa rządzące wyspą, traktowanie miejscowej ludności jako ludzi gorszej kategorii. Z pozoru wiodła szczęśliwe życie. Starała się być wzorową i oddaną żoną oraz matką ich siedmioletniego syna Teddy’ego, jednak już na pierwszych stronach widać, że nasza bohaterka tęskni; za Anglią, za bliskością męża. Dusi się w tym raju na ziemi. Męczy ją również skrywana tajemnica, która mogłaby zburzyć wszystko to, co z wielkim trudem budowała przez wszystkie te lata. Jak pokażą dalsze losy, nie jest w tym osamotniona, wszechobecne sekrety wychodzą na światło dzienne, nie mając się gdzie ukryć pośród wojennej zawieruchy. Wojna nie miała sięgnąć tej rajskiej krainy, nie miała dotrzeć na Malaje, nikt nie chciał wierzyć w odwagę, przebiegłość i siłę Japończyków. A jednak dotarła! I zmieniła losy świata.

Atak Japończyków na Pearl Harbor, oraz okupacja Malajów paradoksalnie dodają kobiecie sił do działania. Connie postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i ratować rodzinę. Z wielkim trudem namawia męża, by zostawił swoją ukochaną plantację oraz rezydencję i tytułową Białą Perłą, ich luksusowym jachtem, uciec poprzez Morze Południowochińskie do Singapuru. Wraz z grupką przyjaciół oraz wynajętym, doświadczonym sternikiem Fitzpayne’m, w ostatniej chwili uciekając przed japońskimi bombowcami, wypływają w morze. W tych niezwykle trudnych warunkach, przetrwają najsilniejsi! Connie pokazuje swoje prawdziwe oblicze, silnej i odważnej kobiety. Na tak małej przestrzeni, wychodzą na światło dzienne ludzkie słabości, które w normalnych warunkach udaje się ukryć. Obserwujemy je podane jak na tacy, pokazują nagą prawdę o każdym z bohaterów, kto w obliczu strachu i zagrożenia życia nie straci swojego człowieczeństwa. Pojawiają się także intrygujące tajemnice, które być może nigdy nie wyszłyby na jaw, gdyby nie wojna. Tajemnice, które ukazują przeszłość w innym świetle, i które decydują o przyszłości.

„Będzie walczyła, wiedziała, że będzie.”

„- Lubi pan żyć na krawędzi?
– Lubię spychać na krawędź innych. Wyznanie było tak nieoczekiwane i szczere, że aż zawibrowało w nocnym powietrzu.
– Ale dlaczego?
– Bo wtedy ludzie pokazują swoją prawdziwą twarz (…) Kiedy opuszczają gardę i przestają udawać, dopiero wtedy widać, kim naprawdę są.”

Początek książki nieco mnie znużył. Akcja rozwijała się powoli, a ja byłam przerażona, że jeszcze tyle stron przede mną tego nijakiego czytadła. Na ciekawą akcję z Białą Perłą musiałam poczekać ponad pół książki, czekałam na sedno, na wybuch zdarzeń. Towarzyszyła mi niepewność, czy będzie się opłacało. Tym razem doczekałam się. Od chwili przeniesienia akcji z lądu na morze, gdy Connie przejęła stery powieści, akcja rozwinęła żagle. Przygoda za przygodą, niebezpieczeństwo za niebezpieczeństwem i już nie można było oderwać się od książki. Zaskakujące zwroty akcji i wydarzenia wprawiają nas w osłupienie, wyzwalają ciekawość i pragnienie na więcej. Mnie „Biała Perła” autentycznie porwała i rzucała niemiłosiernie na nieznane lądy, fascynowała niezwykłymi osobowościami bohaterów, którzy pragnęli dotrzeć do bezpiecznej przystani, wykorzystując do tego różne środki. Wojna w tle, jednak nie panoszy się w książce, pomimo, że to właśnie ona ma wpływ na losy i zachowania bohaterów. Ta sama wojna, równie bezsensowna i okrutna a jednocześnie zupełnie inna niż w Europie. Tylko cierpliwy czytelnik jest w stanie odkryć prawdziwe piękno powieści, którego wcale nie zapowiadają pierwsze strony. Ogólnie dobrze oceniam książkę, napisana lekkim piórem porywa i odrywa nas kompletnie od rzeczywistości, po przeczytaniu trzeba dojść do siebie, uciszyć emocje, pożegnać się z bohaterami. Lubię książki, które zostawiają po sobie to niesamowite uczucie, jakbym wróciła z wielkiej wyprawy!

7/10

Niebo istnieje…Naprawdę! Todd Burpo oraz Lynn Vincent.

 

KsiażkaZaKsiążką

KsiażkaZaKsiążką

Sięgnęłam po tą malutką książeczkę, ponieważ temat życia po życiu interesował mnie od dziecka. Interesuje nas przecież, jak będzie wyglądało w niebie. Któż nie chciałby zajrzeć za kulisy przed premierowym przedstawieniem? Liczymy na jakiś szczegół, który uchyli nam rąbka tajemnicy, taka ludzka natura. Nawet jeśli w Biblii zostało powiedziane wszystko i nie powinniśmy spodziewać się uzupełnień, takie historie mają prawo się zdarzać. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwej, więc czemu nie mógłby pokazać małemu chłopczykowi siły swojej miłości, sprawić, by Jej moc przyniosła mu ulgę w ogromnym cierpieniu. Czytając tą książkę poczułam się jak dziecko. Wierzyłam jak dziecko. Czytywałam swego czasu malutkie książeczki Raymonda A. Moodyego „Życie po życiu”, wydawały się wtedy, takie magiczne, dla mnie nastolatki. Obecnie ludzie bardziej się otwierają, więcej mówią o przeżyciach podczas śmierci klinicznej. Czytałam niedawno „Dowód”,Ebena Alexandra, świetna opowieść neurochirurga, który zapadł w śpiączkę podobała mi się, niezwykle ciekawa, oraz „90 minut w niebie”, Dona Pipera już mniej interesująca, ciekawe i trudne przeżycia człowieka po ciężkim wypadku, jednak sedno tematu nieco naciągane. Każdy „czuje” niebo na swój sposób. Myślę, że większość ludzi odnosi się sceptycznie do tego typu książek, ja również nie biorę ich całkiem do siebie, zachowuję rezerwę, słucham (czytam) zwierzeń i odbieram je po człowieczemu; ktoś tak czuł, potrzebował nadziei, duchowego wsparcia, lub też historia może być naciągana, bo takie łatwo robią karierę. Można wierzyć w jej autentyczność lub nie, nie zmienia to faktu, że świetnie się ją czyta, że warto ją przeczytać. „Niebo istnieje…Naprawdę!” jest przede wszystkim świetnie napisana, prostym językiem małego chłopca, który pokazuje nam dziecięcy sposób rozumowania i postrzegania świata. Colton opowiada o niebie w sposób naturalny, charakterystyczny dla dzieci, prostym językiem, spojrzeniem dziecka. Znam dokładnie tą prostotę, która nas dorosłych czasem zdumiewa, rozbraja, sprawia, że musimy pomyśleć, by zrozumieć typowe spojrzenie dziecka na świat.

     Poznajemy kochającą się rodzinę, która przeżywa ciężką, niespodziewaną chorobę niespełna trzyletniego synka, następnie niesamowitą radość, gdy po trudnych tygodniach opuszczają szpital. Po paru miesiącach nieco opadają echa emocji związanych z ostatnimi przeżyciami, wtedy chłopiec wyznaje bardzo spontanicznie, gdy mijają szpital, że tam śpiewały mu anioły. Temat powoli się rozwija i malec zaczyna opowiadać co przeżył na stole operacyjnym, gdy opuścił swoje ciało. Widział rodziców i dokładnie opisał co robili. Potem zaczął opowiadać o ludziach, krewnych z rodziny, których nie znał, nie miał nawet pojęcia, że istnieli np jego nienarodzona siostra. Widział ich w niebie, rozmawiał z nimi, a także siedział na kolanach Jezusowi.

-Colton, powiedziałeś, że śpiewały ci w szpitalu anioły? – Pokiwał energicznie główką, przytakując.

- A co ci śpiewały? (…)

- No, śpiewały „Jezus mnie kocha” i „Jezus walczył w bitwie o Jerycho – odpowiedział z powagą. – Prosiłem, żeby zaśpiewały „We will, we will rock you”, ale nie chciały.”

Zaletą jest również, że ojciec, który jest pastorem, nie dokłada swoich komentarzy, kazań w książce. Jest to opowiadanie dziecka, rodzice tylko słuchają, prowokują do zwierzeń i pozwalają mówić ale nie narzucają tematu ani nie sugerują odpowiedzi. Książka napisana cudownie, bardzo wzrusza.

Czy to wydarzyło się naprawdę, czy to było tylko wyobrażenie bardzo uświadomionego duchowo synka pastora? Każdy musi rozstrzygnąć sam, zgodnie ze swoimi przekonaniami. Tak odczuł niebo mały chłopiec a przecież…

„Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”

Książka świetna, piękna, czyta się ze łzami w oczach. To wystarczy…

7/10

Dziewczyny z Syberii. Anna Herbich.

„Gdyby Bóg zechciał wskrzesić wszystkich więźniów łagrów, to w całej Rosji podniosłaby się ziemia”.

P1280776 (2)

Syberia była miejscem, w którym ludzka życzliwość niemal nie występowała. Była to kraina powszechnej brutalności, w której przetrwać mógł tylko najsilniejszy.” 

„Dziewczyny z Syberii” to wspomnienia 10 Polek, wówczas młodych kobiet, które autorka ubrała w słowa proste, piękne, pełne szczerego dramatyzmu, wiernie oddające tamtą rzeczywistość. Każda historia to osobny dramat, wszystkie razem tworzą wielką historię. Jedna wojna, jeden kraj, dwóch okupantów i jakże różne przeżycia ludzi mieszkających w Polsce, jednak na dwóch przeciwległych jej krańcach. Z Anną Herbich spotkałam się w jej poprzedniej książce z serii „Prawdziwe historie” – „Dziewczyny z Powstania”, która również mnie urzekła.

„Jedenaście lat na samym końcu świata, gdzie zaspy śnieżne mają po kilka metrów, gdzie noc trwa pół roku, gdzie drogi prowadzą donikąd. Jedenaście lat w kraju wielkiego cierpienia, gdzie życie ludzkie nie ma żadnej wartości”. To słowa Janiny, której matka zgłosiła się na ochotnika na Sybir, by dołączyć do babci i siostry. Nie miały pojęcia co je czeka…

Alina, wnuczka Feliksa Vincenza pioniera polskiego przemysłu naftowego, została rozdzielona z rodziną i zesłana wieku 10 lat, przeżyła koszmar tułając się po sowieckich sierocińcach.

Stefania swoją pierwszą Wigilię na zesłaniu spędziła w zimnym, ciemnym karcerze, w towarzystwie ogromnego szczura, była to kara za śpiewania kolęd.

Barbara w dniu wybuchu wojny miała 18 lat. Najpierw została zesłana wraz z rodziną do Kazachstanu, potem trafiła do więzienia za odmowę przyjęcia sowieckiego paszportu.

Zdzisława wraz z ukochanym uciekła przed wojną z Poznania do Lwowa, stamtąd zostali zesłani na Syberię. Zdecydowali się na ucieczkę przez syberyjską tajgę…

Weronika, wciąż walczy na Białorusi o pamięć i szacunek dla „Żołnierzy Wyklętych”. Po wojnie wróciła do rodzinnej wsi, która stała się częścią Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, pomimo biedy i powszechnej niesprawiedliwości w traktowaniu Polaków, nie opuściła ziemi w którą wsiąknęła krew najbliższych.

Wywożeni ludzie to uznani przez sowietów „wrogowie ludu”, były to całe rodziny; walczących w Armii Krajowej, właściciele majątków, rodziny inteligencji, wojskowych, ale także świadkowie zbrodni ludobójstwa np w Katyniu. Pretekst często bywał błahy, by w zaocznym procesie dostać wyrok, 5, 10, 25 czy więcej lat w łagrze. Pewna staruszka została zesłana, za obiady, którymi częstowała młodzież walczącą w partyzantce.”Karmiłam chłopców, których znam od dziecka, jaka to polityka?” – pytała. Zostali zesłani by w nieludzkich warunkach pracować w kołchozach, kopalniach, przy budowie dróg. Praca była wyczerpująca, żyli o głodowych racjach żywnościowych, mieszkali w tragicznych warunkach. Przybysze bywali zakwaterowywani do miejscowych, co w tamtych nie wzbudzało zdziwienia, ale dla Polaków było katorgą. Ludzie w tym nieszczęściu oraz w przerażających chorobach byli zostawieni sami sobie. Musieli zdobywać jedzenie, ubranie. Przeżywali najsilniejsi, najbardziej zdeterminowani.

 Wspólna cecha, która charakteryzuje wywózkę na Syberię. Oprawcy zawsze przychodzili nocą i budzili uderzając kolbami karabinów w drzwi. Dawali kilka chwil wyrwanym ze snu, zdezorientowanym mieszkańcom na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, oraz wyczerpująca podróż bydlęcymi wagonami trwająca kilka tygodni.

 13 września 1941 r. premier Rządu Polskiego gen. Władysław Sikorski uzyskał zgodę na amnestię dla Polaków w ZSRR. Z łagrów, więzień, tajgi i stepów Kazachstanu podążają Polacy.  Nie wszyscy wracali najkrótszą drogą, tą którą tu przybyli. Wojna wciąż trwała. Niektórzy dołączali do zwanej potocznie „Armii Andersa”, wracali do Polski przez Persję (obecnie Iran)  i Afrykę, niektórzy rozpierzchli się po świeci, nie chcąc wracać do Polski, która została pod rządami Związku Radzieckiego. W 1946 r. Zaczęła się zorganizowana repatriacja. Sowieci puszczali ludzi do Polski, bo wiedzieli, że i tak będą mieć nad nimi kontrolę. Polska znalazła się pod ich okupacją. Jednak większość zesłanych nie miało dokąd wracać. Ukochane ziemię, to już nie była Polska.

Lata komunizmu zrobiły swoje, dzięki propagandzie, nie wiedzieliśmy nic o tej części historii II wojny światowej. Do dziś tkwi ona w tle wojny z nazistowskim państwem niemieckim, tak uczyły książki do historii, pochłaniam książki historyczne, bo nadrabiam te braki. Kolejna książka, którą warto przeczytać, którą świetnie się czyta, bez upiększeń, każda historia opowiedziana indywidualnie, niepowtarzalnie. 10/10

 

 

Tysiąc wspaniałych słońc. Khaled Hosseini.

P1280682 Khaled Hosseini to autor trzech książek. Jedną z nich jest „Chłopiec z latawcem”, którą przeczytałam parę lat temu, zdecydowanie należy do tych, które zostają w pamięci na zawsze. Obie pokazują okrutne oblicze świata, ciemną stronę ludzkiej natury. Zło zakorzenione głęboko w kulturze, której zwyczaje zostały wykorzystane do zniewolenia człowieka, dla nas obce, przerażające, niezrozumiałe. „Tysiąc wspaniałych słońc” to książka pełna cierpienia, bólu i bezradności, jednak poczujemy także moc oddanej przyjaźni i wiecznej miłość pokazanych w piękny, prawdziwy sposób. Autor pozwala nam zajrzeć nie tylko za zamknięte drzwi afgańskich domów, ale także w serca ludzi w ogarniętym wojną kraju, a przede wszystkim w serca kobiet. To kobietom, przede wszystkim odbiera się godność oraz pozbawia  podstawowych praw. Khaled Hosseini dzieciństwo spędził w Afganistanie, od 1980 r. mieszka w USA. Dzięki temu opisuje kraj swojego dzieciństwa bardzo wiarygodnie. Przede mną jeszcze jedna pozycja  pisarza „I góry odpowiedziały echem”, na mojej długiej liście książek, które kiedyś przeczytam.

Książka jest podzielona na trzy części. W pierwszej poznajemy Mariam, jako dziecko. Mieszka z matką za miastem w odosobnieniu, ponieważ jest nieślubnym dzieckiem bogatego, wpływowego człowieka. Jedyną jej rozrywką są cotygodniowe odwiedziny ojca i jego opowieści o wspaniałych rzeczach i miejscach, których Mariam nigdy nie widziała żyjąc z dala od miasta tętniącego życiem. Nastoletnia Mariam postanawia wyruszyć do miasta i odwiedzić ojca w jego domu. Pomimo sprzeciwu matki udaje się w wymarzoną, pełną oczekiwań podróż, która zmienia jej życie na zawsze. Niespodziewanie zderza się z okrutnym obliczem kultury swojego kraju. Zaczyna rozumieć przed czym matka próbowała ją chronić. Żegnając się, Mariam nie zdaje sobie sprawy, że widzą się po raz ostatni…

Następuję moment, którego nie lubię w książkach, przenosimy się w inne miejsce do Kabulu i poznajemy dziewczynkę, która przychodzi na świat w dniu rosyjskiej inwazji na Afganistan. Z początku poczułam rozczarowanie, z powodu rozstania z dopiero co poznaną bohaterką, bo zainteresowały mnie dalsze losy Mariam, stojącej na progu swojego dorosłego życia. Jednak cierpliwie dałam się wciągnąć w nową historię wierząc, że obie będą miały ze sobą więcej wspólnego niż sobie potrafię wyobrazić. Druga bohaterka to Lajla, dziewczynka dorasta w rodzinie boleśnie dotkniętej wojną. Mama Lajli, nie może otrząsnąć się po stracie dwóch synów, ojciec pragnie dobrego życia dla córki, chce dać jej wykształcenie. Laija snuje wspaniałe plany na przyszłość, które uwzględniają jej przyjaciela Tarigha, w którym jest zakochana. Wszystkie plany niweczy wojna, dokładniej bombardowanie ich miasta Kabulu…

Wtedy właśnie splatają się w bardzo skomplikowany sposób losy tych dwóch kobiet. Dorosłej Mariam i nastoletniej Lajli. Wspólnie stawiają czoła okrutnej rzeczywistości, zakazom które obowiązują kobiety w tym kraju, szczególnie gdy do władzy dochodzą Talibowie. Niesamowicie wzruszająca historia dwóch połączonych przez los kobiet na tle 30 leniej historii Afganistanu, ogromnego konfliktu, który po 11 września 2001 r. wylewa się na cały świat, którego konsekwencje trwają do dziś.

„Tysiąc wspaniałych słońc” oceniam nieco niżej niż „Chłopca z latawcem”, niemniej jednak mocna 9/10

Równie świetna książka,  „To ja Malala” , o afgańskiej dziewczynce, która walczy o prawa kobiet, zaczynając od prawa dziewcząt do nauki. Przeżyła prześladowanie we własnym kraju, z którego udało jej się wyjechać, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla w 2014 r. Polecam w tym temacie.

 

 

Chata. Wm. Paul Young.

P1280370„Za każdym razem, kiedy wybaczasz, świat się zmienia, za każdym razem, kiedy wkładasz w coś serce, świat się zmienia”.

            Mackenzie, nie miał łatwego dzieciństwa, pomimo upływu wielu lat, wciąż dręczą go nierozwiązane sprawy z nieżyjącym już ojcem. Obecnie sam jest ojcem pięciorga dzieci, wiedzie spokojne, ustabilizowane życie u boku wspaniałej żony. Do czasu, gdy podczas biwaku jego najmłodsza córka Missy zostaje uprowadzona. Ślad po niej zaginął, została jedynie zakrwawiona sukienka znaleziona w starej chacie. Pojawia się rozpacz, złość, wielki smutek i wyrzuty sumienia. Tragiczne wydarzenia sprawiają, że jego szorstkie relacje z Bogiem stają się jeszcze trudniejsze, pełne żalu i pretensji, natomiast w relacje rodzinne wkrada się coraz więcej niezrozumienia. Trwa w takim stanie, aż pewnego dnia Mack, dostaje niespodziewany list;

„Mackenzie,
minęło trochę czasu. Tęskniłem za Tobą.
Będę w chacie w najbliższy weekend, jeśli chcesz się spotkać,
Tata”

Czy to jakiś żart? Kto mógł napisać taki list. Kim jest Tata? Ciekawość bierze górę i pomimo obaw zrozpaczony mężczyzna wybiera się do chaty. Moja wyobraźnia podpowiadała, wiele opcji. Podejrzewałam tak jak bohater, że list napisał zabójca Missy albo nieżyjący ojciec, jednak nie przypuszczałam, że Tata to Bóg! No bo kto dostaje list od  Boga? A jednak w chacie Mackenzie spotyka nie tylko Boga, ale także Jezusa i Ducha Świętego w ludzkich postaciach. Spędza z nimi weekend i zaczyna rozumieć niezrozumiałe, smutek po utracie córki nie odchodzi, ale nabiera sensu. Czytałam i kiwałam głową, jak kanadyjski autor próbuje przedstawić nam Boga, czasem wbrew naszym zakorzenionym wyobrażeniom. Stara się pokazać nam nieograniczoną miłość Stwórcy do ludzi i przekonuje, że Bóg jest wyrozumiały. Spotkanie wydaje się fikcyjnym wydarzeniem, ale zaskakujące zakończenie powoduje wielkie westchniecie i długą chwilę ciszy…A może to się wydarzyło, jak zapewnia nas przyjaciel Mackenziego. 

Niektórych może odstraszać tematyka Boga, która odgrywa w książce kluczową rolę, jednak religijna atmosfera nie przytłacza. Przedstawione prawdy są oczywiste, znane nam od wieków, pokazane w niezwykle świeżej odsłonie, bardzo „po ludzku”, lecz wciąż posiadające boski wymiar, który nie do końca jesteśmy w stanie ogarnąć. Doskonała interpretacja człowieczeństwa, jego rola na ziemi i relacje z Bogiem lub po prostu odwieczne prawdziwe wartości życia. Przedstawione w sugestywny, prowokujący do przemyśleń sposób oraz wymagający skupienia. Na podstawie konkretnego życia Macka, otrzymujemy uniwersalne przesłania.

W książce znajdziemy mnóstwo pięknych myśli.

„Ty natomiast zostałeś stworzony do tego, żeby być kochanym, a więc to nie miłość ciebie ogranicza, tylko jej brak.”

 

„Może istnieje nadracjonalność: coś, co wykracza poza normalne definicje faktu albo logikę opartą na danych i ma sens tylko wtedy, jeśli zobaczy się większy obraz rzeczywistości. Może właśnie tam jest miejsce dla wiary”.

„Żyć bez miłości to tak, jakby związać ptakowi skrzydła i pozbawić go możliwości fruwania. Ból też potrafi spętać skrzydła i uniemożliwić latanie – …- I jeśli będą spętane przez długi czas, zapomnisz, że zostałeś stworzony do latania”.

 

„Nie muszę karać ludzi za grzechy. Grzech sam w sobie jest karą, pożera cię od środka. Nie chcę go piętnować, tylko plenić.”

          Książka jednych czytelników prowokuje do innego spojrzenia na życie, innym przypomina o wartościach, które tak łatwo wyprzeć w życiu, zaszufladkować, zamienić na rzeczy „lepsze”, łatwiejsze, w których można się zagubić, a potem jest już tylko trudniej. Naturalną rzeczą jest, że człowiek w dramatycznym momencie swojego życia szuka pomocy i ukojenia w sile wyższej.

„Chata” to książka dla każdego. Myślę, że każdy czytelnik może znaleźć w niej to, czego akurat szuka i potrzebuje. Albo po prostu przypomnieć sobie pewne prawdy. Książka z pewnością zapada głęboko w pamięć, nikt nie przejdzie obok niej obojętnie.  9/10

Aminata. Siła miłości. Lawrence Hill.

P1280344Historia„… kobiety, która odbyła podróż od wolności do niewolnictwa i z powrotem”.

Całą książkę zastanawiałam się, kto napisał tę powieść. Taką prawdziwą, dosłowną, kto potrafił tak dobrze wczuć się w postać Aminaty, kobiety, Afrykanki, niewolnicy. Dopiero ostatnie strony odsłoniły przede mną wiadomości o autorze. Nie zaglądam nigdy na koniec książki podczas czytania, chociaż czasem bardzo kusi. Zaskoczyło mnie, że Lawrence Hill to mężczyzna, pomimo, że imię na to wskazuje, byłam przekonana, że tylko kobieta mogłaby tak wiarygodnie i mocno wtopić się w postać bohaterki, a jednak. Matka autora była aktywistką broniącą praw człowieka, ojciec wywodzi się z rodziny afrykańskich niewolników przybyłych do Stanów Zjednoczonych. Oboje byli pionierami kanadyjskiego ruchu na rzecz praw człowieka, co miało wielki wpływ na Lawrenca. Odwiedzał Afrykę jako wolontariusz.

Książka bardzo „głęboka”, takie określenie krążyło w mojej głowie podczas czytania. Głęboko pochłania nas w świat swojej historii. Głęboko wnika w umysł czytelnika, a powrót stamtąd nie jest łatwy.

Powieść na historycznych fundamentach, zdarzenia podparte pisanymi ponad dwieście lat temu pamiętnikami i dziennikami autentycznych postaci. Historia życia Aminaty jest fikcyjna, ułożona tak, by pokazać historyczną prawdę, piękny obraz człowieczeństwa, autentyczne cierpienie, by wzruszać, dawać nadzieję, by wprowadzić nas w tamte czasy, w tamten ułamek dziejów ludzkości. To jedna z historii, o których warto czytać, które warto znać.

Aminata Diallo, główna bohaterka i jednocześnie narratorka opowieści. Urodzona w 1745 roku Afrykanka, pochodząca z wioski Bayo. Jej szczęśliwe dzieciństwo zostaje nagle i brutalnie przerwane, gdy w wieku jedenastu lat dziewczynkę porywają  brytyjscy handlarze niewolników. Nie ma pojęcia, dlaczego i dokąd ją zabierają. Pierwszy raz widzi taubaba, człowieka o jasnym kolorze skóry, ludzi o zaciśniętych ustach i wąskich nosach, przez które pewnie ciężko oddychać. Ich zwyczaje wydają jej się dziwne i przerażające a język wydaje się bełkotem. Podczas podróży poznaje chłopca Chekurę, który podziela jej los i towarzyszy podczas morskiej przeprawy. Przepłynęła Atlantyk, widziała okrutne traktowanie człowieka, choroby i śmierć. Przeżyła koszmarną podróż do Karoliny Południowej, gdzie dziewczynkę kupił właściciel plantacji, Robinson Appleby. Tam spotyka rodaków, oraz ich potomków, którzy urodzili się w niewoli. Nigdy nie pogodziła się ze swoim losem i głęboko wierzyła, że odzyska utraconą wolność. Wyrwana w dziwny i obcy dla siebie świat, obserwuje go dziecięcymi, bystrymi oczami. W trudnych chwilach wspomina rodziców, zastanawia się, jakich rad udzieliliby jej, gdyby byli przy niej. Rozgląda się, obserwuje i uczy. Od matki nauczyła siꔳapać dzieci”, czyli odbierać porody. (Podoba mi się to określenie:-)) Dzięki temu, wyrabia sobie odrobinę szacunku w nowym środowisku. Trafia na człowieka, który uczy ją pisać i czytać w języku toubabów. Dorasta, jej właściciele się zmieniają, tak jak miejsca zamieszkania. Dzięki swojej sile, determinacji i niezłomności jest w stanie przeżyć te wszystkie cierpienia, w obcym kraju. Zostaje rozdzielona z mężem, zostają jej odebrane dzieci, co odczuwa jakby pozbawiono ją części własnego ciała. Nigdy nie wie komu można zaufać, mimo to podejmuje walkę. Jest świadkiem rodzącego się ruchu abolicjonistycznego, w nim pokłada swoje nadzieje. Czy spełni marzenie o wolności i o powrocie do ojczyzny, której  nawet mapy nie potrafią dokładnie wskazać?

„Na Afryki mapie miejsca puste
Zajmują lwy i małpy tłuste
Pochyl się nad nią, głowę skłoń
W zastępstwie wiosek – dziki słoń”

Pod koniec życia spisuje swoje losy. Opowiada, jest bardzo wiarygodna, chociaż jej przeżycia są podobne do przeżyć wielu rodaków podzielających  los, są jednocześnie wyjątkowe. To życie jest wędrówką i to dosłowną. Życie trudne, usiane niewyobrażalnym dla naszych czasów cierpieniem, dumne i piękne mimo wszystko.

Książka ukazująca nam nieco historii. Znam czasy niewolników z filmów, książek, jednak nigdy wcześniej nie trafiłam na początek, czyli jak wyglądały porwania ludzi w Afryce, odbieranie im godności we własnym kraju. Wioski próbowały bronić się przed porwaniami ludzi, jednak nie mieli pojęcia dokąd oni znikają. Z pewnością nawet nie potrafili sobie wyobrazić jaki los im grozi. Tą część książki, czyli dzieciństwo Aminaty, Lawrence Hill napisał za namową swojej pasierbicy, chwała jej za to. Piękna książka, ciekawa, szczera do bólu, porusza do głębi nawet wymagającego czytelnika.

10/10

Ciernista róża. Charlotte Link.

P1260310Powieść na kanwie historii II Wojny Światowej. Historii, która ma wiele twarzy, wiele ogromnych dramatów rozsianych po całym świecie. Historia, która miała wpływ na życie ludzi, wiele lat po zakończeniu wojny. Tu ukazuje nam się Normandia, uroczy zakątek Europy, gdzie naziści urządzili sobie fortece broniącą dostępu do francuskiego wybrzeża. Jest to bardzo szczególne miejsce z perspektywy wojny. Niemcy zajęli Normandię, należącą do Wielkiej Brytanii, pomimo, że polegli w bitwie o resztę kraju. Także pomimo klęski nazistów, na wyspie wciąż panowali Niemcy. Czasy obecne i bohaterów w powieści ukształtowała właśnie wojna i tamte wydarzenia. Jak i w poprzednich książkach autorki, wątek historyczny zafascynował mnie bardziej. I pomyśleć, że w szkole nie lubiłam historii. Książki to zmieniły. Ciekawe oblicze historii poznałam dopiero w książkach. 

 Charlotte Link bardzo szczegółowo i malowniczo opisuje miejsca akcji, można je sobie łatwo wyobrazić, niemal widzi się te widoki, charakterystyczne dla danego zakątka. Wyspa Guernsey, na której rozgrywa się akcja książki to długie piaszczyste plaże, południowy brzeg zdominowany przez sięgające 100 metrów klify, zaś na wschodnim brzegu rozciąga się miasto St. Peter Port.

Przedłużający się wstęp, wprowadzenie, przedstawienie bohaterów, balansuje na cienkiej granicy, budząc w nas na przemian ciekawość i znudzenie. Przeciąga strunę i długo trzyma nas w niepewności; czy książka nabierze tempa, rozpędu i okaże się rewelacyjna? Czy damy się wciągnąć, dzielnie znosząc początkowe „owijanie w bawełnę”? Czy otrzymamy nagrodę w postaci wystrzelonej, jak z procy, akcji? Spodziewamy się sensacji z fajerwerkami, otrzymujemy w zamian prawdziwe ludzkie historie, dramaty, które mnie satysfakcjonowały.

Dwie kobiety mieszkają pod jednym dachem od ponad pięćdziesięciu lat, długo nie możemy zrozumieć co je łączy, skoro nie są rodziną. Zagadką jest, dlaczego, nie rozstały się wraz z końcem wojny, skoro ta połączyła je wbrew ich woli. Helene Feldmann, była żona niemieckiego oficera, oraz Beatrice Shaye wówczas dziewczynka, której dom zajęli okupanci. W spokojne, jak się zdaje, życie starszych pań przypadkowo wkracza Karin Palmer. Niemka, kobieta słaba, nieporadna życiowo, miewająca ataki paniki. Postać, często występująca w książkach Charlotte. Takie osoby, łatwo zmanipulować, są łatwą ofiarą, nie tylko dla przestępców, czasem także dla bliskich ludzi. Karin zwierza się Beatrice ze swoich osobistych problemów, a w zamian odkrywa fascynującą przeszłość mieszkanek starego domu. Historia ta zaintrygowała ją, nie tylko dlatego, że jej kraj, miał wpływ na życie Beatrice, ale także dlatego, że była ona przeciwieństwem jej samej. Fascynowała ją siła, którą posiadała Beatrice, pomimo tak trudnego dzieciństwa. Takiej siły potrzebowała Karin w swoim życiu. Pragnęła zarazić się nią od nowo poznanej kobiety. Jak zwykle wciągamy się w życie bohaterów, stają się nam bardzo bliscy, są interesujący, fascynują nas ich losy, zachowania.

Przenosimy się w czasie, wracamy do dzieciństwa dwóch kobiet, we wspomnieniach bohaterki. Podobnie jak w „Domu sióstr” i „Drugim dziecku”. Widzimy okrucieństwo II Wojny Światowej, oczami  nastoletniej dziewczynki, oraz jej życie jako staruszki, na którym wojna odbiła swoje przerażające piętno. Rodzice Beatrice, ewakuowali się z wyspy Guernsey wraz z 20 tysiącami mieszkańców, gdy Niemcy podbili Francję w 1940 r . 12 letnia bohaterka, została rozdzielona z rodzicami i została sama w rodzinnym domu, do którego wprowadził się niemiecki oficer Erich Feldmann, wraz z żoną Helene. Do końca wojny, dziewczynka bezradnie patrzyła na jej brutalność. Nie uwolniła się od jej więzów, nawet, gdy ta wreszcie się skończyła. Zaglądając w przeszłość zaczynamy rozumieć teraźniejszość. Wspomnienia, które boleśnie rozdrapują głębokie rany, ale i przynoszą ulgę. 

Powieść należy do łagodniejszych, dzieł pani Link. Znajdziemy tu wątek kryminalny, jednak niemal pod koniec książki. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby go nie było wcale, bo w tej książce chodzi o ludzkie relacje, o życiowe wybory bardziej lub mniej trafione, czasem takie, na które nie mamy wpływu. Ta powieść również nas zaskakuje, bazując na innych dziełach Link, możemy spodziewać się pewnych sensacji, większych niż okazują się z czasem. Ja jednak nie czuję niedosytu, bo zdarza się, że ludzie okazują się dla nas ważniejsi niż złe przeżycia, z którymi są związani.

„Dom sióstr”, „Drugie dziecko” i teraz „Ciernista róża” to najlepsze według mnie książki Charlotte. Sprawdzam dalej, idę za ciosem. Podobają mi się dlatego, że wątek kryminalny, który oczywiście istnieje, jest delikatny, niemal niezauważalny, na pierwszy plan wysuwa się wielowymiarowość postaci, kontakty międzyludzkie.

Wszystkie jej powieści czyta się z zainteresowaniem, są świetnie napisane, nie przechodzi się obojętnie koło żadnej z nich.

10/10

Ostatni ślad. Charlotte Link.

P1250739Po książki Charlotty Link sięgam już w ciemno, pewną ręką. Po jej książki po prostu się wraca. Lubię je, bo zawsze tak wiele się w nich dzieje.

 Zdążyłam się już przyzwyczaić, że swoje książki często zaczyna od paru niewyjaśnionych zabójstw. Tak oto poznajemy pierwszych bohaterów, ludzi wciągniętych w zbrodnie, ich życie, historie, czasem bardzo tajemnicze. Potem pojawia się istna plątanina wątków, miejsc, akcji i bohaterów. Początek wymagał głębokiego skupienia, przy każdej postaci, przy każdym szczególe, który z początku wydawał się nic nie znaczący, potem okazywał się ogniwem łączącym łańcuch zbrodni. Wielowątkowa akcja może trochę męczyć, choć jest jak najbardziej pożądana jeśli chodzi o kryminały; więcej fałszywych tropów, fałszywych podejrzeń dodaje tylko atrakcyjności. Świetnie wykreowane portrety psychologiczne, sensownie wyjaśniają motyw zbrodni, postępowanie zbrodniarzy, ich ofiar, a także pozostałych bohaterów, ich wybory życiowe, problemy, które miewają. Podoba mi się fakt, że w codzienne życie ludzi takich jak my, autorka potrafi wpleść wątek kryminalny, mniej lub bardziej bezpośrednio. Ku mojemu zadowoleniu nie było typowego śledztwa, uganiania się za mordercą, w zamian za to poznajemy bohaterów dość szczegółowo.

      Główny wątek toczy się wokół zaginionej Elaine Dawson. Nieporadnej życiowo, samotnej kobiety, która opiekowała się swoim niepełnosprawnym bratem, nie opuszczała go na krok. Wyrwała się z domu tylko raz, korzystając z zaproszenia na ślub swojej koleżanki z lat szkolnych Rosanny, który miał odbyć się w Hiszpanii. Elaine jednak na ślub nie dotarła. Utknęła na londyńskim lotnisku z powodu mgły. Załamana kobieta nie odnajduje się w problemowej sytuacji. Przypadkowo spotkany mężczyzna Mark lituje się nad nieudolną kobietą i proponuje jej nocleg. Rano odprowadza ją na stację metra i tu urywa się ślad po Elaine. Śledztwo nie przynosi rezultatu, żadnego śladu prowadzącego do zaginionej. Policja daje w końcu za wygraną, sugerując, że dorosła kobieta postanowiła uwolnić się od dotychczasowego życia, które ją po prostu przytłaczało.

Mija pięć lat. W Hiszpanii małżeństwo Rosanny przeżywa kryzys i wraca ona do rodzinnego Londynu. Przyjmuje zlecenie, od swojego dawnego naczelnego, na napisanie tekstu, które jest tylko pretekstem, by zostać tu na dłużej. Tęsknota za rodzinnym krajem nie minęła i jest jednym z powodów, iż jej małżeństwo nie jest idealne. Tematem artykułu, który zamierza napisać, są niewyjaśnione zaginięcia, w tym zaginięcie Elaine i głównie na niej się skupia Rosanna. Wracając do śledztwa, rozgrzebując je trafia na ciekawe wątki. Zaczyna podejrzewać, że jej koleżanka żyje. Stawia sobie za cel, rozwikłać tą sprawę. Poznaje mężczyznę, który widział Elaine ostatni – Marc, którego kariera legła w gruzach z powodu niekorzystnej prasy po tamtych wydarzeniach. Priorytetem dla niej staje się również dowieźć niewinności Marca. Podąża konsekwentnie za kolejnymi śladami, przełomem jest odnaleziony, w niezwykłych okolicznościach paszport Elaine…

     Jesteśmy jak zwykle zwodzeni do samego końca, prowadzimy własne śledztwo. I jak zwykle Charlotte nie omieszka nas zaskoczyć zakończeniem. Kolejna książka, niby przewidywalna, wiemy czego się spodziewać, a jednak nie można im się oprzeć, każdy kolejny tytuł to nowa przygoda, gwarancja emocji, spotkanie z ciekawymi postaciami. Fanów autorki, takich jak ja, nie muszę przekonywać do tej książki. 

9/10

Chińskie lalki. Lisa See.

Kolejny raz Lisa See nie zawiodła mnie swoją powieścią. Czuję się przy nich bezpiecznie, spokojnie, wiem, że cokolwiek będzie się działo, skończy się dobrze. W jej książkach wędruję w odległym świecie, nieznanym mi, egzotycznym, a jednak prawdziwym. Lubię zagłębiać się w inne, obce mi kultury, często budzące niepokój, strach, zdziwienie. Poznaję je z fascynacją, próbuję zrozumieć, a potem bezpiecznie wracam do rzeczywistości. 

Lisa See opisuje kulturę chińską, tradycje i zwyczaje, ukazane często z perspektywy kobiet. Fikcyjnych bohaterów, osadza wśród ludzi istniejących naprawdę, wplata ich w autentyczne, historyczne wydarzenia. Poznałam jej „Miłość Peoni”, oraz cudowną „Marzenia Joy”.

„Chińskie lalki” osadzone są w Ameryce, w latach czterdziestych XX wieku, w czasach, w których sprawy imigracji dopiero się kształtują. Społeczeństwo dorastało dopiero do wspólnego życia z ludźmi innej rasy. W czasach, gdy chińska kobieta mogła być tylko lalką, zabawką dla lo fan czyli amerykańskiego obywatela, nawet gdy urodziła się w tym kraju. Była to era rozkwitu klubów nocnych, które powstawały jak grzyby po deszczu, zapewniając pracę chińskim tancerkom, piosenkarkom, akrobatom czy iluzjonistom. Pragnęli oni pokazać światu swoją wartość, próbowali odnaleźć tożsamość w obcym kraju. Dość znacząca era w dziejach amerykańskiej rozrywki. Nawet dobrze wykształcony Chińczyk, nie dostał pracy w dobrym zawodzie jak adwokat, lekarz.

       Trzy kobiety spotykają się w nowo otwartym klubie Forbidden City, klub  ten istniał w rzeczywistości, wielu legendarnych artystów związanych ze światem rozrywki, których przedstawiła nam autorka, zaczynało tam swoje kariery. Kobiety różnią się bardzo od siebie, mimo to wywiązują przyjaźń. Grace, jeszcze nastolatka, utalentowana tancerka, nieśmiała i zakompleksiona. Ucieka przed trudnym dzieciństwem. Helen, pochodzi z bardzo tradycyjnej chińskiej rodziny, mieszka w Chinatown w San Francisco. Wojna chińsko – japońska (1937 – 1945) odcisnęła na niej swoje brutalne piętno. Żyje według zasad, których nie rozumieją pozostałe dziewczęta urodzone w Ameryce. Ruby posiada niezwykłą grację i pewność siebie. Wszystkie trzy skrywają tajemnice, które oczywiście z czasem wyjdą na jaw. Trzy przyjaciółki, czy może rywalki, wspierają się w dążeniu do celu, którym jest sława i szacunek. Sojusze między nimi bez przerwy ulegają zmianom, w zależności od tego, która dziewczyna akurat góruje popularnością. Towarzyszymy im przez 10 lat ich wzlotów i upadków, przyjaźni i kłótni. Podróżują za sławą razem i osobno. W tle możemy obserwować II Wojnę Światową z perspektywy Ameryki, relacje amerykańsko – japońskie. Ameryka za panowania prezydenta Roosevelta. Wojna, która miała znaczący wpływ na relacje przyjaciółek.

Akcja książki jest spokojna, stonowana, wciąż się coś dzieje, jednak wydarzenia nie wybuchają niespodziewanie, tylko płyną jak rzeka. Trzyosobowa narracja, każda z przyjaciółek opowiada po kolei. Dzięki temu widzimy wydarzenia z perspektywy każdej z nich, podświadomie wybieramy, której bardziej kibicować.

Nie jest to najlepsza książka Lisy, aczkolwiek całkiem dobra lektura. 7/10

 

 

 

Delirium. Lauren Oliver.

Poszukując książek, które chcę przeczytać, błądzę wśród olbrzymiej ilości tytułów, polecanych, zachwalanych. Czasem wystarczy właśnie tytuł, niezwykły, elektryzujący, by mnie skusić. Tak było w przypadku „Delirium”. Skusiła mnie magia tytułu, pomimo, iż nieczęsto sięgam po książki, w których pachnie fantazją. Przestraszyło mnie porównanie do „Igrzysk śmierci”. Uspokoiło brak potworów i magii. Byłam tylko ciekawa tej książki, a jednak przepadłam, wciągnęłam się bez reszty. Okazała się wielką, świetną przygodą, jak wyjazd do fajnego, niecodziennego miejsca, które odwiedza się w wakacje, bardzo rzadko, albo nawet raz w życiu.

Książka z tych, co pozwalają rozszaleć się naszej fantazji. Powędrować w świat inny niż nasz, aczkolwiek nie niemożliwy. Książka z serii co by było gdyby…

       Lena, zwykła nastolatka, chodzi do szkoły, spędza czas z przyjaciółką, lubi biegać, uczy się nieźle. Mieszka z ciotką i wujem. Z niecierpliwością oczekuje swoich osiemnastych urodzin i zabiegu, który przechodzi każdy osiągający pełnoletność. Zabieg polega na wyleczeniu każdego z amor deliria nervosa, choroby, z którą każdy się rodzi.

” Wyleczeni, niezdolni do silnych namiętności, są w ten sposób ocaleni zarówno przed przeszłym, jak i przyszłym cierpieniem”

Jednym słowem zabieg to lekarstwo na miłość. Miłość uważana jest za chorobę, a wszystkie nieszczęścia ludzkości spowodowane były przez ludzi, pod wpływem tej choroby. Tak są uczone dzieci od najmłodszych lat. 

Lena wierzy we wszystko, czego uczą ją w szkole, o czym opowiada ciotka. W samotności jednak wspomina swoją matkę, na którą zabieg nie podziałał (występowania skutków ubocznych). Matka była zakażona i w końcu popełniła samobójstwo. Lena wstydzi się, że to zdarzyło się w jej rodzinie, lecz nieśmiałe wspomnienia z dzieciństwa, chwile spędzone z matką są inne, dziwne, przyjemne, nawet piękne. Matka zachowywała się inaczej niż wszyscy dorośli, tańczyła, śpiewała, przytulała ją…Jednak po zabiegu wszystko się zmieni. Zniknie ból i tęsknota za matką, życie stanie się łatwe i poukładane. Przydzielą jej kierunek studiów, potem męża i życie będzie wspaniałe. Lena odlicza dni do zabiegu i wtedy wydarza się coś niezwykłego, nieoczekiwanego…Lena  zaczyna chorować. Poznaje pewnego chłopca Alexa, który ma w sobie coś tajemniczego, jak jej matka…i. Jej życie zmienia się diametralnie, jakby otworzyły się jej oczy, odkrywa, że za strzeżonymi murami miasta istnieje inny świat… Termin zabiegu się zbliża, a rząd dopilnuje, by każdy poddał się zabiegowi…

Książka napisana łatwym językiem, lecz niesamowicie wciągająca, trzymająca w napięciu, jak to w dobrym thrillerze. Naprawdę trzeba się zmusić, żeby przerwać czytanie, choć na chwilę. Pochłonęłam ją zbyt szybko i teraz czuję pustkę, ten zawód, który każe myślom krążyć wokół bohaterów, jeszcze długo po. Na szczęście książka ma dalsze części. „Pandemonium” i „Requiem”.

Historia miłosna, która nie byłaby niezwykła, gdyby nie okoliczności. 

9/10

 

Ostre przedmioty. Gillian Flynn.

Uff! Cieszę się, że to już koniec książki. Właśnie to poczułam, wraz z ostatnią kartką.

Gillian Flynn ma na swoim koncie tylko trzy książki. Wszystkie to kryminały i wszystkie dobrze przyjęte przez czytelników stały się bestsellerami. Ostatnia bardzo głośna „Zaginiona dziewczyna”. Ja postanowiłam sięgnąć po jej debiut, wrócić do początku.

Dla mnie; Bardzo ciężka książka, dołująca. Miałam wrażenie, że wraz z bohaterką pogrążam się w rozpaczy, beznadziei, spadam na samo dno ludzkiej egzystencji. Nazwałabym powieść mroczną. Z początku książka długo mnie męczyła, trochę nudziła. Alkohol pity od rana przez bohaterkę, mnie bardziej dołował niż ją. Tytułowe „Ostre przedmioty” zadają czytelnikowi naprawdę głębokie rany. Pokazują świat chory, fałszywy, niedający się wyleczyć. Narratorem jest Camille, główna bohaterka, dzięki temu dobitniej dociera do nas to, co odczuwa. A odczuwa wiele skrajnych emocji. Nie potrafi odbić się od dna, ciągną się za nią traumy z dzieciństwa, przeżycia, które odbijają się głośnym echem przez resztę życia.

Camille Preaker jest reporterką w „Daily Post”, mieszka w Chicago. Dostaje zlecenie na napisanie artykułu o zabójstwach małych dziewczynek, które wydarzyły się w jej rodzinnym mieście w Missouri. Wraca do miasteczka swojego dzieciństwa z wielką niechęcią. Nie ma ochoty na spotkanie z matką, siostrą i ojczymem. Dzieciństwo, które odbiło się na jej zdrowiu psychicznym, nie jest miłym wspomnieniem. Teraz musi wrócić do domu po 8 latach. Temat nad którym pracuje, pozwolił jej spojrzeć na miasteczko i ludzi ze swojego dzieciństwa z innej strony. Miasteczko jakby stanęło w miejscu przed wieloma laty, gdy Camille je opuściła. Wszyscy wydają się tacy sami. Matka wciąż chłodna, nieprzewidywalna, jednak czule opiekuje się jej dwunastoletnią siostrą.

Śledztwo tkwi w miejscu i Camille uświadamia sobie, że musi zajrzeć głęboko w oczy demonom ze swojej przeszłości, przed którymi uciekała wiele lat, których nie potrafiła ujarzmić, zrozumieć. Musi przeanalizować swoje trudne dzieciństwo, śmierć siostry, spojrzeć na to z perspektywy dorosłej osoby, gościa, dziennikarki. W tak małym miasteczku wszystkie wydarzenia składają się w jedną całość. Wraz z ambitnym detektywem, który pracuje nad sprawą zabójstw idzie ramię w ramię, krok po kroku odnajdując kolejny ślad prowadzący do rozwikłania zagadki.

Sam kryminał jest dobrze, przejrzyście napisany. Akcja, z początku nużąca, z czasem rozkręca się i pod koniec, nawet pędzi na łeb i szyję, co pewnie przypadnie do gusty prawdziwym miłośnikom tego gatunku. Dla nich to jedna z obowiązkowych pozycji. Zakończenie zaskakujące.

 Potrzebuję czasu, czegoś bardziej strawnego, by odpocząć po tak posępnym kryminale, jednak czuję, że kiedyś sięgnę po „Zaginioną dziewczynę”, choćby z ciekawości jak rozwinął się warsztat autorki dwie książki dalej.

7/10

Urodzeni, by żyć. Wendy Holden.

„Przez pierwsze dwadzieścia lat nie mogliśmy o tym rozmawiać. Przez następne dwadzieścia lat nikt nie chciał słuchać. Dopiero po kolejnych dwudziestu latach ludzie zaczęli zadawać pytania”Ester Bauer

Literatura o II Wojnie Światowej nie ma końca. W każdym zakątku Europy, który zetknął się z wojną działy się dramaty. Tak wiele świadectw tej potwornej wojny możemy znaleźć w literaturze, jednak to tylko kropla w morzu cierpienia, ponieważ zdecydowana większość nie dostała szansy by cokolwiek opowiedzieć…

„Urodzeni, by żyć” to epicka opowieść rozciągająca się przez całe stulecie. Wendy Holden jest powieściopisarką, dziennikarką oraz autorką scenariuszy filmowych. Do napisania tej książki przygotowała się perfekcyjnie. Odwiedziła wszystkie obozy, miejsca, które opisała. Odszukała wielu świadków i odsłuchała wielu relacji, ludzi wspominających tamte wydarzenia. Bardzo skrupulatnie zgłębiła historię tej wojny, mentalność i zachowanie nazistów. Przede wszystkim jednak, opisała prawdziwe historie trzech kobiet Żydówek, które przeżyły obozy koncentracyjne, ciąże i poród, także dzięki temu, że udało im się ukrywać swój stan niemal do samego końca. Historie prawdziwe, nie szczędzące nam dramatyzmu, poparte dokładnymi faktami oraz datami historycznymi.

Priska, pierwsza z ocalałych kobiet, dzieciństwo spędziła w Złotych Morawcach, w południowo-zachodniej części dzisiejszej Słowacji. Jej rodzice prowadzili kawiarnię, znaczące centrum miejscowego życia. Priska była bardzo zdolna, jej rodzina szanowana. Była szczęśliwa, kochała życie, chciała żyć. Nikt nie wierzył w przepowiednie Hitlera, nawet gdy w marcu 1939 Słowacja poddała się III Rzeszy i w państwie zaczęły obowiązywać coraz to większe ograniczenia dla obywateli Żydowskich. Wyszła za mąż i próbowała żyć i czekać na koniec wojny. Niestety jesienią 1944 roku trafiła wraz z mężem do obozu w Auschwitz Birkenau, jeszcze podczas transportu w wagonach bydlęcych, wybierali imię dla swojego dziecka. Na miejscu zostali rozdzieleni. Priska stanęła przed doktorem Mengele, jak tysiące innych kobiet, naga, poniżona. Skłamała na pytanie, czy jest w ciąży, odpowiedziała – nie. Została przydzielona do pracy. Spędziła tam 10 dni, po czym znów załadowali ją do pociągu i zaryglowali drzwi.

Rachela, najstarsza z rodzeństwa, dorastała w dużej i szczęśliwej rodzinie w Pabianicach. Było to drugie, zaraz po Łodzi, co do wielkości miasto w ówczesnej Polsce. Rodzina zajmowała się przemysłem włókienniczym. Gdy wybuchła wojna perspektywa ucieczki przed nazistowską polityką była kusząca, lecz nikt nie wierzył w piekło, które miało nastąpić. Nie chcieli zostawiać rodziny, szczęśliwego życia. Wraz z mężem trafili  najpierw do łódzkiego getta, warszawskiego, potem do Auschwitz, gdzie zostali rozdzieleni.

Anna poliglotka, uwielbiała czytać książki, uwielbiała muzykę klasyczną, oraz kino. Studentka prawa na uniwersytecie Karola w Pradze. Jak inne kobiety w jej wieku, pragnęła żyć, kochać, założyć rodzinę. Wyszła za mąż w czasie wojny. Odrzuciła okazję do ucieczki przed wojną, nie przekonała jej nawet słynna Noc Kryształowa, która odbiła się echem w całej Europie. Był to początek prześladowania Żydów, który Hitler zaczął u siebie, zapowiedź tego, co miało rozszerzyć się na całą Europę.  W 1944  roku trafiła do obozu koncentracyjnego w miejscowości Terezin w Czechach, w którym przebywała wraz z mężem, licząc, że tam ich zastanie koniec wojny. Starali się żyć normalnie ciesząc się szczęściem we dwoje. Jesienią, niestety, także została wywieziona w wagonach bydlęcych do Polski, do Auschwitz, tam dopiero zobaczyła prawdziwe oblicze tej wojny. Jak poprzednie kobiety, ją także „powitał” doktor Mengele.

Trzy młode kobiety, pełne życia i radości, czas wojny to ich czas miłości, zakładania rodzin. Wszystko o czym marzyły zostało brutalnie przerwane. Trafiły do Auschwitz jesienią 1944 r. ukrywając ciążę przed  doktorem Josefem Mengele, który decydował o losie każdego więźnia przybyłego do obozu. Kobiety w ciąży trafiały do komory gazowej, zdarzało się też, że matki wraz z dziećmi poddawane były okrutnym doświadczeniom. Trzy kobiety nie świadome o sobie nawzajem, po krótkim pobycie w obozie Auschwitz, zostają wysłane kolejnym transportem wgłąb Niemiec do obozu Freiberga, tam pracowały w nieludzkich warunkach na potrzeby niemieckiej armii. Gdy było jasne, że naziści przegrywają wojnę, życie ludzi w obozach, wciąż było zagrożone. Naziści mieli w planach zatrzeć wszystkie ślady swojej bestialskiej działalności. Wszystkich więźniów, którzy przeżyli, sukcesywnie kierowali pociągami do Mauthausen jednego z ostatnich czynnych obozów wcielających w życie hitlerowski plan zagłady wrogów Rzeszy. Piękne, malownicze miasteczko położone nad Dunajem z widokiem na górną Austrię. Więźniowie pracowali tam w kamieniołomach wydobywając granit. W Rzeszy zwany jako „Młyn Kości”. Trzy kobiety (Priska z kilkudniowym już dzieckiem) ruszyły w szesnastodniową podróż koleją, zygzakiem przez Europę unikając bombardowań alianckich samolotów. Rachela urodziła dziecko podczas tej koszmarnej podróży. W nieludzkich warunkach, pośród ledwo żywych towarzyszy niedoli, na odkrytym wagonie, brudnym od węgla, do którego padał deszcz. Jednak pociąg jechał dalej. Niesamowicie wzruszającym był dzień w którym pociąg zatrzymał się 21 kwietnia 1945 na stacji Horni Briza w miasteczku położonym  w zachodniej części Czech, którego wojna niemal nie tknęła. Naczelnik stacji Antonin Pavlicek, nie zważając na groźby esesmanów, obejrzał dokładnie pociąg, zrobił szczegółowy raport co do ilości wagonów i nieludzkich warunków, w których przewożeni byli ludzie. Zorganizował całe miasteczko, ludzie pomimo wolnej niedzieli otworzyli piekarnie, upiekli chleby i ciastka zebrali ogromne ilości jedzenia i po wielogodzinnej negocjacji udało mu się przekonać oprawców, by nakarmić ludzi uwięzionych w pociągu. Dzięki temu wielu z nich przeżyło tą koszmarną podróż. Jest to jedno z kolejnych, mało znanych, lecz niezwykle znaczących symboli tej wojny. Odwaga Antonina Pavlicka.

Anna rodzi swoje dziecko u kresu podróży, przed bramą obozu w Mathauzen. Wszystkie trzy przeżyły marsz śmierci, czyli ostatnią drogę, którą byli prowadzeni skrajnie wyczerpani więźniowie przez panikujących nazistów, wgłąb III Rzeszy, na kilkanaście dni przed nadejściem frontu. Oprawcy mieli zamiar wykorzystać ich do odbudowy poległych Niemiec. 

Cudem przeżyły tę ostatnią drogę i ostatnie dni wojny, gdy Niemcy uciekając w popłochu zostawili ich na na śmierć głodową. Obóz ten wyzwoliła armia amerykańska, którą dowodził sierżant Albert J. Kosiek , podoficer polskiego pochodzenia. Pierwszą oznaką ocalenia, którą zauważyła Priska był śmiech, którego nie słyszała od lat. Dla wielu ten uśmiech był ostatnią rzeczą, którą zrobili przed nieuchronną śmiercią z wyczerpania.

Obóz został wyzwolony, jednak gehenna trwała. Jeszcze wielu zmarło na skutek chorób, jedzenia, które teraz im szkodziło, wygłodzone organizmy nie były w stanie przyjmować stałych pokarmów. Alianci musieli poradzić sobie z zapanowaniem nad obozem, opanować głód, śmierć, choroby, panikę, chęć zemsty, bezradność.

Trzy kobiety przeżyły wojnę dzięki szczęściu, odwadze i determinacji. Teraz wciąż potrzebowały tej samej siły by zdecydować o swoim życiu „po”. Większość krewnych nie przetrwała wojny. Polska nie była już tą samą Polską, o czym przekonała się Rachela. Wielu ludzi, którzy mieli wielkie plany, teraz byli repatriantami, którym odebrano wszystko.

„Dzięki odwadze, nadziei i szczęściu ich dzieci stały się jedynymi więźniami obozu, którym nadano imiona zamiast numerów. Na przekór mrocznym czasom były też najmłodszymi ocalałymi ofiarami Holokaustu”.

Postanowiły wrócić w rodzinne strony mimo wszystko. Odnaleźć mężów i ocalałych krewnych. Większość znanych im przez całe życie Żydów, została wymazana z historii. Nie było łatwe życie z doświadczeniami wyrytymi w pamięci, z niechcianymi wspomnieniami. Przeszłość to dziedzictwo, którego nikt nie zdoła się wyrzec. Przeszłość, nawet ta najstraszniejsza tkwi w duszy przez resztę życia.

Dzieci ocalałe spotkały się po sześćdziesięciu latach. Niezwykłe spotkanie ludzi obcych a jednocześnie tak sobie bliskich. Odwiedziły miejsca, w których przebywały ich matki, gdzie przyszły na świat.

Książka opisuje obok losów trzech Żydówek, także bardzo szczegółowo warunki w obozach, zachowania nazistów, ale także fakty historyczne, mniej lub bardziej znane z literatury wojennej z którymi nie spotkałam się do tej pory. Bardzo dobra książka dla  tych, których interesuje historia wojenna, Holokaust. 

10/10

 

 

Jeździec miedziany. Paullina Simons

 

 

„Bo jeżeli upadną, to jeden drugiego podniesie. Lecz biada samotnemu, gdy upadnie!”

Oczywiście, że lubię książki o miłości. O pięknej, trudnej, mądrej i prawdziwej miłości. Są książki ciekawe, porywające, ta jest po prostu piękna! Niesamowicie piękna. Książka, którą się intensywnie przeżywa. Książka z historią w tle, a ja bardzo lubię takie książki.

           Pierwszy dzień wojny 22 czerwca 1941 r, Niemcy  atakują swojego  sojusznika, Związek Radziecki, w operacji Barbarossa.iW jeszcze spokojnym Leningradzie, Tatiana Mietanowa, siedemnastoletnia Rosjanka, spotyka młodego żołnierza Armii Czerwonej,  Aleksandra Biełowa, mówiącego z obcym akcentem. Zakochują się w sobie, jednak sprawy komplikuje nie tylko wojna, która wkracza do Leningradu we wrześniu. Siostra Tani Dasza, także jest zakochana w Aleksandrze i to ona pierwsza go poznała. Brzmi jak typowy romans, jednak nim  nie jest. Uważam, że autorce udało się wyjść poza ramy typowego romansidła. Okazuje się, że Aleksander jest Amerykaninem, ale jakim cudem Amerykanin trafił do Armii Czerwonej? Ponieważ przyszłość jest niepewna Tania i Aleksander ukrywają swoje uczucia, przed siostrą, przed światem, przed  Dimitrijem,  rzekomym przyjacielem Aleksandra,  który chce odebrać Aleksandrowi wszystko co jest mu drogie, dlaczego ma tak wielki wpływ na życie Aleksandra? Oblężony Leningrad pokazuje okrucieństwo tej wojny, głód, który budzi w ludziach odrażające instynkty, znieczulice. Ludzie gotowi zabić sąsiada za kawałek chleba. Ośmioosobowa rodzina Tatiany zaczyna się kurczyć. Aleksander walczy, jednocześnie stara się czuwać nad rodziną Tani, namawia ją do wyjazdu z miasta odciętego od świata przez niemieckie wojska. Nie jest to łatwe, życie robi się coraz trudniejsze i jak w tym wszystkim ma się odnaleźć ich miłość?

„Chodzi o to, że albo próbujesz się ratować, albo dźwigasz na grzbiecie wszystko, co masz, i jesteś łatwiejszym celem dla wroga. Nie uważasz, że powinniśmy najpierw zdecydować, czego właściwie chcemy? Czy wyjeżdżamy na dobre? Czy zaczynamy nowe życie? Czy kontynuujemy stare, tyle tylko, że w nowym miejscu?”

„Urodziła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym, w roku śmierci Lenina, po rewolucji, po wielkim głodzie i po wojnie domowej. Urodziła się po tym, co najgorsze, lecz nie zdążyła jeszcze zaznać niczego lepszego”

Jest to historia pięknej, młodzieńczej miłości na tle brutalnej wojny, rzeczywistości, która wszystko psuje, przerywa, ucina. Czytałam o czymś pięknym i jednocześnie strasznym, przerażającym. W niesprzyjających warunkach miłość nabiera szczerości, siły. Tęsknota wypiera inne pragnienia, nawet głód. Jak dobrze czytać, jak dobrze nie przeżywać tak trudnych chwil. Miłość opisywana jest żywa, realna, czysta, szczera do bólu, oddana bezgranicznie. Pasuje do czasów w których narodziła się i rozkwitła. Walczyli o siebie tak zaciekle i intensywnie. Nie pozwolili wojnie wydrzeć sobie siebie, odebrać miłości ani wolności. Ta intensywność oszałamia, zadziwia, budzi podziw. Jak odłamki pocisku wojna rozrzucała ich daleko od siebie a oni, ich siła, zaciętość, nadzieja i wiara przyciągała ich do siebie jak magnez metal. I wciąż i znów, nieustająco od nowa. 

Postacie są fascynujące, wiarygodne. W końcu autorka urodziła się w Leningradzie i żyła w Związku Radzieckim do 10 roku życia, zanim jej rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Zna historię swojego kraju oraz mentalność mieszkańców. Doskonale pokazana rzeczywistość, historia,  system totalitarny, matka Rosja chaotycznie walcząca z Niemcami. Podczas oblężenia Leningradu, który trwał około 900 dni, w wyniku głodu, mrozu, bombardowań i ostrzału artyleryjskiego życie straciło prawdopodobnie ponad milion osób, chociaż oficjalne źródła radzieckie mówią o 670 tysiącach ofiar. 

Nie chciałam jej skończyć czytać, chciałam trwać przy bohaterach jak najdłużej, ale nieprzeczytanych kartek błyskawicznie ubywało. Ponad 700 stron i wciąż mało, mam nadzieję, że następne części sagi „Tatiana i Aleksander” oraz „Ogród letni” będą grubsze ;-) Uciekłam w tamten świat, czułam tę miłość, ten ból i cierpienie, nienawiść bohaterów, ich gasnące nadzieje, utratę sił i wiary, czułam wszechobecne umieranie oraz  nieustającą wolę walki Tatiany, wiedziałam, że ona nie podda się nigdy.  Ona ma budzić emocje, wzruszać i dawać nadzieję. Powieść kończy się pięknie i przeraźliwie smutno, zaskakuje, lecz wciąż z nadzieją u boku. Jak całe ich życie, jak cała książka. Co będzie dalej? Muszę się tego dowiedzieć. Chcę także poznać inne książki Paulliny. Romantyczna część mojej czytelniczej duszy miała wyjątkową ucztę. Książka nie dla niepoprawnych realistów, nie dla niecierpliwych. Wątek miłosny napina się do granic możliwości, kibicujemy bohaterom, chcemy by byli wreszcie razem. Nic dziwnego, że sceny miłosne, do których w końcu dochodzi trwają przez wiele stron. Jednak można przeżyć, należy im się. Tatiana i Aleksander, gdzieś w środku wielkiej Rosji, w środku okrutnej wojny ukryli się, choć na chwilę, wykradli tą chwilę dla siebie, tę cząstkę wieczności, tę cząstkę wszechświata. Czy wspomnienia tamtych dni będą musiały wystarczyć im na zawsze?

Mnie się podobało! 10/10

 

Wielbiciel. Charlotte Link.

Nie radzę kończyć czytać thrillerów wieczorem, ponieważ do rana nie zmrużycie oka. Emocje towarzyszące takiej książce krążą nad głową wiele godzin, jeszcze długo po zatrzaśnięciu ostatniej strony.

„Wielbiciela” Charlotte Link uważam za kolejną świetną pozycję. Zdecydowanie dorównuje, najlepszej wg mnie, „Domowi sióstr”. „Wielbiciel” na pewno was nie znudzi, będzie dbał o was, nie pozwoli wam odejść od siebie, zajmie wasz czas, będzie was adorował a wy jego przez ponad 400 stron. 

Dochodzę do wniosku, że Link nie pisze zwykłych kryminałów, dlatego tak świetnie się je czyta. Są to książki dla każdego, bardzo wszechstronne. Thriller psychologiczny dostarcza nam adrenaliny oraz emocji, żeby książka nie nudziła. Wątki morderstw istnieją i owszem, jednak na pierwszy plan wysuwają się postacie, które chcemy dobrze poznać, Link o tym wie i pozwala nam na to. Ich portrety psychologiczne przedstawione są nie tylko ciekawie, ale tak doskonale, że mamy wrażenie, iż znamy bohaterów od zawsze, utożsamiamy się z nimi. Jednym kibicujemy, innych nie potrafimy polubić, jeszcze innym współczujemy lub wręcz boimy się, bo budzą w nas strach.

Akcja zupełnie inaczej niż w poprzednich powieściach, dzieję się w Niemczech, rodzonym kraju Link, a nie w Anglii. Jakaś odmiana, choć zdarzy nam się podróż do włoskiej części Szwajcarii.

      Zaczyna się ostro, dość brutalnie, jednak niech nie zraża się czytelnik wrażliwszy, będzie łagodniej, co nie znaczy, że emocji nam zabraknie.

Dwutorowy początek:

W lesie, w małej niemieckiej wiosce zostaje znalezione ciało młodej kobiety, która wyprowadziła się z domu sześć lat wcześniej, od tego czasu siostra i ojciec nie mieli od niej żadnych wiadomości. Dlaczego akurat teraz i skąd wracała do domu? Co działo się z nią przez ten czas poza domem?

W tym samym czasie we Frankfurcie, Leona, czterdziestoletnia redaktorka w wydawnictwie, wydaje się wieść szczęśliwe życie wraz z mężem. Przypadek sprawia, że staje się świadkiem przerażającego samobójstwa młodej kobiety. Słyszy jej ostatnie słowa. Nie może się pozbierać po tym tragicznym wydarzeniu. Jednak to nie jedyny koszmar, z którym musi się zmierzyć; ukochany mąż porzuca ją i odchodzi do innej kobiety. Historia obcej samobójczyni niby od niechcenia wkrada się w życie Leony coraz bardziej, wkrótce nim wręcz zawładnie. I pojawi się On; wielbiciel. Nie taki miły, którego przyjemnie mieć obok siebie, taki który dodaje pewności, sprawia, że czujemy się atrakcyjni, który zabiega o przyjaźń i uwagę.

Jaki związek mają te dwie historie? Z pewnością zaskakujący, jednak zanim go dostrzeżemy przyjdzie nam przeżyć wiele emocji, strachu, rozczarowania oraz nieprzespanych nocy (Jeśli ktoś czyta wieczorami) ;-) Czytałam ją dwa dni, a mam wrażenie, że przeżyłam z bohaterami te dwa lata.

Przyzwyczaiłam się już, że u Link spotykam się z nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, wciąż stopniowanym napięciem, tajemnicą i grozą wiszącą w powietrzu. To nie może się znudzić. Są pewne rzeczy, których spodziewam się w jej książkach np. dwutorowy wątek, przeskok w czasie, pomimo to, wciąż jest dla mnie nieprzewidywalna. Jej wszechstronność tak pociąga czytelnika.

Obok „Domu sióstr” zaliczam ją do najlepszych pozycji Link i absolutnie nie kończę przygody z twórczością tej autorki. Wciąż mam apetyt na więcej, już wiem, że sięgając po jej dzieła nie zawiodę się.

Ocena 10/10

 

 

Sekretne życie pszczół. Sue Monk Kidd.

„Spodobała mi się myśl, że pszczoły mają sekretne życie – takie samo, jakie wiodłam ja.”

     ”Czarne skrzydła” to pierwsza powieść Sue Monk Kidd, którą przeczytałam. Dla mnie wspaniała, cudowna, w magiczny sposób oddała atmosferę czasu i miejsca akcji. Wiedziałam wtedy, że z tą autorką nie rozstaję się wraz z końcem książki. Wierna tym postanowieniom, gdy tylko nadarzyła się okazja, sięgnęłam łapczywie po debiut Kidd, tak bardzo rozsławioną książkę, na podstawie której został nawet nakręcony film ze wspaniałą obsadą; Queen Latifah oraz Alicią Keys.

Wracając do książki, poprzednia, rewelacyjnie napisana, podniosła bardzo wysoko poprzeczkę, dlatego też czytając tę poczułam niedosyt, lekkie zawiedzenie. Tak, jakby pisząc pierwszą powieść brakowało Kidd  doświadczenia, pewności, którą zdobyła w czasie, po którym powstały „Czarne skrzydła”, aczkolwiek „Sekretne życie pszczół” to dobra opowieść o roli kobiet w świecie ( temat podobny jak w poprzedniej). Na naszych oczach kobiety dorastają, dojrzewają, w niesprzyjających warunkach, w niełatwych dla nich czasach. Autorka po raz kolejny zahacza o temat  nietolerancji na tle rasowym.

     Akcja rozgrywa się w Ameryce, w Karolinie Południowej, 1964 rok. Prezydent Johnson podpisał ustawę o prawach obywatelskich dla Afroamerykanów. Jednak w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Niełatwo zmienić myślenie Amerykanów. Rasizm szaleje a przepisy istnieją tylko na papierze. W tym chaosie poznajemy wspaniałe kobiety. Czytając książkę zapominamy, kto jaki ma kolor skóry, oceniamy ludzi jedynie po ich zachowaniu.

Lily jako czteroletnia dziewczynka traci matkę w nieszczęśliwym wypadku, który wciąż ją prześladuje, nie potrafi się z nim pogodzić, a nawet uporać. Na domiar złego ojciec, który ją wychowuje jest tak obcy i oschły, że słowo tata nie przechodzi jej przez gardło. Na szczęście ma wspaniałą nianię, tęgą, czarnoskórą Rosaleen o wielkim i ciepłym sercu. Po matce zostało jej tylko parę rzeczy, zdjęcie i obrazek Czarnej Madonny z zapisaną na odwrocie nazwą nieznanej miejscowości. Dziewczynka tęskni za matką, czci pamięć o niej i strzeże pamiątek. Gdy ojciec brutalnie burzy piękny obraz wspomnień o matce a Rosaleen wpada w kłopoty z prawem (choć tak naprawdę chodzi o kolor skóry), Lily ucieka z domu i zabiera ze sobą nianię. Podążają śladem matki. Jedyny trop jaki istnieje to obrazek Madonny, który prowadzi ich do domu trzech sióstr o imionach letnich miesięcy. Niezwykłych kobiet, które żyją z produkcji miodu i robią to z wielką pasją. Lily poznaje ich świat, inny od tego, który znała do tej pory. Zimnego, sztywnego, brutalnego w swych sztywnych ramach niezrozumiałych zasad. Ludzie mają takie same potrzeby i marzenia, spełniają je z jednakową pasją. Różnica polega na tym w jaki sposób to robią. Jak znoszą porażki, jak celebrują powodzenia i przede wszystkim jak traktują ludzi wokół siebie. Nie wszystko dobrze się układa, ale jeśli są wokół przyjaźni ludzie, lżej znosi się trudności. Lily pozwolono dojrzeć . Nikt jej nie wykreował, dostała szansę i wybrała towarzystwo trzech obcych kobiet, dzieci nie znają rasizmu, one wybierają ciepło, życzliwość. Wybrała ludzi, którymi pragnęła się otaczać, którzy potrafili cieszyć się dniem codziennym, którzy wierzyli w to co robią, wierzyli w marzenia i ciężką pracę. Lily zdaje sobie sprawę, że trafiła w odpowiednie miejsce i odkrywa nieznane fakty z życia swojej matki.

Skłamałabym twierdząc, że straciłam czas czytając książkę. Czyta się ją bardzo dobrze, jest ciekawa, wciąga, myślę, że po prostu wybrałam złą kolejność. Wciąż mam ochotę na dalsze przygody i emocje z Sue Monk Kidd w jej magicznym, pisanym świecie.

To książka o poszukiwaniu i odnajdywaniu siebie. O ludziach, wspaniałych kobietach, z którymi chce się przebywać, przy których każdy czuje się dobrze, od których bije ciepło, serdeczność i szacunek dla drugiego człowieka. 

Ocena 8/10

Zwiastun filmu



Drugie dziecko. Charlotte Link.

 

    Charlotte Link, po raz kolejny pokazuje nam Anglię, wschodnie wybrzeże Yorkshire. Smagane wiatrem płaskowyże, ogrodzone niskimi kamiennymi murkami pastwiska, skalne urwiska. Poczułam się znajomo, poczułam, że już tu byłam. W jej poprzednich powieściach.

Książka zaczyna się pewnym epizodem sprzed trzydziestu lat. Link taki właśnie ma styl, zdążyłam już to zauważyć i doświadczyć. Zaciekawia pewną sytuacją, intrygującym wydarzeniem, by zatrzymać się i wciągnąć nas w inną akcję. Każe nam czekać na wyjaśnienia, abyśmy w pewnym, niespodziewanym momencie doznali olśnienia, zrozumieli i powiązali fakty.

    Przesuwamy się do czasów obecnych. Poznajemy krąg ludzi związanych ze sobą w pewien sposób. Gwen to samotna kobieta, mieszkająca na starej farmie wraz z chorowitym ojcem. Swoje życie poświęciła opiece nad nim, oraz rozpaczliwej próbie ratowania podupadającej posiadłości rodzinnej. Na farmie goszczą wczasowicze Jennifer i Colin, małżeństwo z dwoma psami, przyjeżdżają tu parę razy w roku, Jennifer cierpi na depresję i dobrze jej robi odizolowanie się od świata w tak pięknym, spokojnym miejscu. Gwen wreszcie poznała mężczyznę, z którym wiąże swoją przyszłość, Dave’a. Na swoje zaręczyny zaprasza swoją przyjaciółkę z czasów dzieciństwa, Leslie. Przy uroczystej kolacji dochodzi do kłótni, która zaburza idylliczny przebieg spotkania. Babcia Leslie, Fiona, która jest przyjaciółką i częstą bywalczynią domu, głośno wyraża swoje wątpliwości co do uczciwości zamiarów Davea, wobec nieporadnej życiowo Gwen. Oburza to wszystkich, kolacja zostaje nieprzyjemnie przerwana…

Tej nocy starsza kobieta, Fiona , nie dociera do domu. Zostaje brutalnie zamordowana. Śledztwo prowadzi inspektor Valerie, bardzo zdesperowana, by rozwiązać tą sprawę. Zbrodnie łączy z morderstwem młodej studentki sprzed trzech miesięcy. Czy to ten sam zabójca? Wszyscy zaczynają się sobie dokładniej przyglądać. Na jaw wychodzą przeróżne fakty z życia bohaterów, niekoniecznie przyjemne. Światło dzienne ujrzały także maile, które ofiara pisała do Chada, ojca Gwen. Jest to pamiętnik, wspomnienia z czasów dzieciństwa i młodości, oraz pewne tajemnice nie znane nikomu. Co takiego łączyło babcię Leslie z ojcem Gwen? Była to forma rozliczenia się z przeszłością. Niestety starszy człowiek nie zdążył ich wymazać po przeczytaniu, jak życzyła sobie tego Fiona. Pewne mroczne tajemnice, skrywane przez dziesięciolecia, znane tylko tym dwojgu, zaczęły wychodzić na jaw.

„Wcale nie rozumiała siebie lepiej niż przedtem. Nic się nie zmieniło. Nikt nie zdoła odmienić własnego przeszłego życia, poddając je analizie, usiłując wcisnąć je w formę, która miałaby zrelatywizować zdarzenia. Błędy pozostaną błędami, grzechy pozostaną grzechami. Trzeba było z nimi żyć, trzeba będzie z nimi umrzeć”

Akcja więc toczy się dwutorowo. Trwają poszukiwania mordercy oraz czytamy fragmentarycznie wspomnienia z dzieciństwa Fiony. Jej trudne, wojenne dzieje wciągają nie mniej. Poszukujemy związku z jej zabójstwem. Związek naturalnie istnieje, choć nie taki jak podejrzewamy przez prawie całą książkę. Wiemy, że będzie element zaskoczenia i faktycznie zostajemy zaskoczeni.

    Tytuł – świetny, tajemniczy, skąd ten pomysł? Kim było drugie dziecko? Z czasem wszystko się wyjaśni. Pomimo akcji, morderstwa, uwikłania…ta tytułowa część, jest najbardziej wstrząsająca, wzruszająca, poruszająca. Wątek opisywany we wspomnieniach został przedstawiony także w „Domu sióstr”, ewakuacja dzieci z bombardowanego Londynu. Tu się zatrzymałam, wiedziałam, że ten wątek historyczny wciągnie mnie zdecydowanie bardziej niż ten dziejący się aktualnie, w którym szukamy mordercy. Podczas Drugiej Wojny Światowej, gdy hitlerowskie samoloty, niemal noc w noc zrzucały bomby na angielskie miasta, władze nawoływały do tego, aby ewakuować dzieci na wsie, gdzie ataki bombowe nie zdarzały się. „Mothers! Send them out of London” Takimi hasłami obwieszony był wówczas Londyn. Znacznie później, po zakończeniu wojny, pisano badania naukowe oraz  prace doktorskie w tej dziedzinie. I ja to czuję, i naukowcy są niemal zgodni, że trauma, którą przeżyły dzieci oddzielone od rodziców, oraz nierzadko złe traktowanie przez obcych ludzi w rodzinach zastępczych, miały bardziej negatywny wpływ na ich dalsze życie niż przeżycia podczas nocnych bombardowań.

    Styl pisania książki przypomina mi obie przeczytane wcześniej. Kryminalne wątki z „Obserwatora„, obyczajowość wraz z powrotem do przeszłości, wspomnienia, to coś co pamiętam z „Domu sióstr„. I ten drugi fakt sprawia, że ta książka podoba mi się bardziej niż „Obserwator”. Przypadł mi do gustu styl pisarki, dlatego tak pochłaniam jej książki, jestem ciekawa czy któraś spodoba mi równie bardzo lub bardziej niż pierwsza, którą przeczytałam czyli ” Dom sióstr”. Tej pozycji naprawdę niewiele brakuje, choć jest bardzo smutna, jeden z wątków wręcz porusza do głębi człowieczeństwa, nie daje spokoju. Do końca czekamy z ogromną nadzieją, że zostanie rozwiązany, że dobrze się ułoży, znajdzie szczęśliwe zakończenie, ale czy tak się stanie?

Polecam książkę, miłośnicy kryminałów znajdą tu mroczną zagadkę do rozwiązania, jest też odrobina historii, intrygująca rodzinna tajemnica skrywana przez lata. Jednym słowem każdy może po nią sięgnąć.

Ocena 9/10

Obserwator. Charlotte Link.

 

 

    Cathy i Annie, dwie starsze, samotne kobiety zostają brutalnie zamordowane w swoich własnych domach. Zbrodnie te wstrząsają Londynem. Pozornie, jedyne co je łączy to samotność ofiar, brak bliskich lub ich obojętność. Ciała zostają odkryte po wielu dniach. Niestety śledztwo zamiera w miejscu. Natomiast „Obserwator” czai się, patrzy i podgląda. Zna wszystkich sąsiadów, wie o nich nadzwyczaj dużo, zna ich rozkład dnia, ich zwyczaje, zna każdego członka rodziny, choć oni go raczej nie zauważają, dla nich jest niemal niewidzialny. Jest samotny, zagubiony w sobie, nieudacznik życiowy, nie ma pracy, mieszka z bratem i bratową. Jednak jest bardzo pochłonięty swoim zajęciem, robi notatki, nie przeoczy niczego ani nikogo. Szczególnie upodobał sobie trzydziestoparoletnią Gillian Ward, która jest z pozoru idealną żoną i matką. Właśnie ta nieskazitelna rodzina, ich poukładany świat przyciągnął go, zafascynował.  Wtedy pojawia się kolejna ofiara, morderca nie odpoczywa…śledztwo zaczyna nabierać tempa.

Ciekawych bohaterów jest więcej. John, były gliniarz z mroczną przeszłością, podejrzenie budzi fakt, że w śledztwie jest zawsze o krok przed policją. Liza, kobieta cierpiąca na depresję, która może mieć wielkie znaczenie dla rozwikłania zagadki, jaki sekret ukrywa i dlaczego nagle znika? Każda postać jest interesująca, dla nas podejrzana.

    „Obserwator”, to druga powieść Link, która wpadła mi w ręce. Wiedziałam, że czekają na mnie mroczne tajemnice, groza i niebezpieczeństwo, wszystko to wisi w powietrzu. Poczułam to od pierwszych stron i tym samym nieodpartą ciekawość poznania każdej postaci, jej przeszłości, tajemniczego zachowania i motywu działania. Prześwietlamy każdą z nich, bo autorka świetnie nas zwodzi, podsuwa fałszywe tropy. Rozwiązywanie łamigłówki fascynuje. Kryminał napisany po mistrzowsku, perfekcyjnie stopniowane napięcie, świetnie ukazane portrety psychologiczne bohaterów. Wszystkie ważne szczegóły dokładnie, wyczerpująco opisane, jednak bez nudzenia. To nie mój ulubiony gatunek literacki i nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, ale mimo to, czytałam go z przyjemnością. Bezdyskusyjnie to pozycja z tych, których nie czyta się długo, które pochłania się jednym tchem. Z początku książki autorka przedstawia nam postacie, których rola i znaczenie wyjdzie na jaw w trakcie czytania i często nas zaskoczy. Na końcu wszystko wydaje się jasne, spójne, wszystko się zgadza, pasuje, a jednocześnie niespodziewane.

     Zdecydowanie, to inna książka niż „Dom sióstr„, która podobno odbiega od pozostałych powieści Link, tutaj; mniej obyczajowości więcej zbrodni. Przekonam się czy to prawda wkrótce, ponieważ zatrzymałam się na chwilę przy tej autorce i parę jej pozycji czeka na mnie, co mnie ogromnie cieszy. Dla miłośników kryminałów to z pewnością świetna lektura, ja jestem przykładem, że nie tylko dla nich. Nie pobiła fenomenu poprzedniej, jednak absolutnie nie żałuję czasu spędzonego na czytaniu.

Akcja, podobnie jak w „Domu sióstr”, dzieje się w Anglii. Charlotte, upodobała sobie zapewne ten kraj, podobno w innych pozycjach również. Sama jest przecież Niemką. 

Ocena 9/10

ONO. Dorota Terakowska.

 

P1250099Czytałam kiedyś „Poczwarkę” Doroty Terakowskiej, zrobiła na mnie dobre wrażenie, zostawiła jakiś emocjonalny ślad po sobie, ciekawa innych pozycji autorki trafiłam na „Ono”. Intrygowało mnie, czy ta książka będzie równie prawdziwie, i interesująco poruszać temat ludzkich słabości. W obydwóch powieściach Terakowska poprzez trudy życia, zawiłości losu, problemy, kłopoty zwykłych ludzi, poprzez ich trudne wybory – wyciąga wnioski i wychodzi na prostą. Świetnie, dosadnie ukazuje ułomność ludzkich charakterów.

    Poznajemy rodzinę. Matka, ojciec i dwie córki. Mieszkają w domu, który utknął niedokończony z braku środków i chęci. Czeka: na kafelki w łazience, na panele zamiast wykładzin, na nowe schody. Tak jak Teresa, żona i matka czeka z pilotem w ręku na wygraną w lotto, na lepszy los dla córek. Nie, żeby tak bezczynnie siedziała, ona zrzędzi: poucza córki, jaki to ich świat jest beznadziejny i jakie piękne życie czeka gdzieś tam, poza granicami ich miasteczka. Nie potrafi działać, dawać dobrego przykładu, ponieważ jej matka także świetnie zrzędziła. Obwinia o zły los również swojego męża, niespełnionego muzyka, człowieka inteligentnego, który nie dość dużo pieniędzy wygrał w teleturniejach. Przyszło mu żyć w trudnych czasach, czasach, które historycy podzielą na historię do 1989 r, i tę po nim.

„A przecież nie przepołowią człowieka, któremu przyszło żyć po obu stronach tej granicy”.

Świetny obraz człowieka, który nie potrafił przystosować się do zmian, które nastąpiły w Polsce po upadku komunizmu.

Starsza córka Ewa ma dziewiętnaście lat i stara się wyjść na ludzi, ułożyć sobie życie lepiej niż matka, tylko nie bardzo wie jak to zrobić.

„Wiem, kim nie chcę być, gdy już będę stara: nie chcę być moją mamą. Wiem, kim będę: będę moją mamą”.

Nie dotrwała do matury, ale za to znalazła pracę w osiedlowym spożywczaku. Wraz z nadejściem nowego millenium wiąże wielkie nadzieje i oczekiwania. Na sylwestrowej dyskotece poznaje trzech chłopaków, dzięki którym ma nadzieję wyrwać się do wielkiego, lepszego świata. Niestety zderza się z brutalną rzeczywistością, dziewczyna zostaje zgwałcona i zachodzi w ciążę. Matka oczywiście ma na to receptę i długi monolog. ONO pojawia się w najgorszy z możliwych sposobów, w najgorszym z możliwych czasie.

Ewa zatrzymuje się i zastanawia nad swoim życiem. Przygląda się światu, czy warto, by ONO poznało ten świat? Czy ona jest w stanie cokolwiek mu zaoferować?  Robi pierwszy krok: myśli, próbuje, szuka…Ma przed sobą wiele perspektyw: „wyskrobać”, jak radzi matka, urodzić i oddać do adopcji, odnaleźć ojca. Przestaje słuchać krzykliwych, niezrozumiałych odgłosów z zewnątrz i zaczyna wsłuchiwać się w siebie. Ewa odkrywa, że to za czym tęskni matka, na co czeka bezczynnie, nie ma jednak decydującego znaczenia by być szczęśliwym.

„Nie ma lepszych miejsc. Są tylko lepsi ludzie”.

Stara się coś zmienić, przewartościować „poukładany” do tej pory świat, uczy się stawiać pytania, kochać. Podróżuje, chce poznać ten świat, o którym marzy matka i sprawdzić, czy rzeczywiście jest on w stanie zmienić jej życie na lepsze.

Poprzez dokładny opis całej rodziny, widać jak łatwo, bezwiednie stać się ogniwem w łańcuchu, który ciągnie się przez pokolenia i jak bardzo trzeba się czasem natrudzić, żeby go zerwać. Obraz bezradności wobec własnego losu. Można siedzieć i czekać na cud, albo można zacząć spełniać swoje marzenia, zanim inni wykorzystają nas do spełniania swoich.  

Wsiąknęłam w tę rodzinę, zadomowiłam się w niej, pomimo, iż nie o takiej każdy marzy, jednak czułam, że jest jakaś nadzieja na zmiany. Zawsze jest nadzieja i zawsze można zmienić swój los. 

Zakończenie jest dobre, chociaż musiałam się chwilę nad nim zastanowić, bo ludzie różnie postrzegają dobro. Trzeba się zastanowić, co tak NAPRAWDĘ jest dobre i słuszne.

Książka bardzo realistyczna, dogłębnie porusza i zmusza do refleksji. Warta przeczytania. 

9/10

 

 

Dom sióstr. Charlotte Link

 

        Charlotte Link, a właściwie jej znane powieści, intrygowały mnie od dawna. Wiem, trochę to wstyd, że nigdy nie czytałam Charlotte. Zwlekałam z sięgnięciem po nie, z obawy przez powieściami kryminalnymi, za które uchodzą, a za którymi ja nie przepadam. Perspektywa tylu kartek uganiania się za jakimś zbrodniarzem nieco mnie przerażała. Ponad 600 stron! Jednak ta książka bardziej ciągnie w stronę obyczajowości, sensacji z delikatnym wątkiem kryminalnym. Reasumując; poznałam Charlotte Link, bardzo cieszę się z tego faktu i oświadczam, że zostaję z nią na dłużej. Jej tytuły są na pierwszym miejscu, gdy będę na etapie uzupełniania swojej biblioteczki, jak wiadomo jest w czym wybierać. Najchętniej zrobiłabym to już teraz!

        Akcja „Domu sióstr” toczy się dwutorowo. Obecnie, oraz od 1907 do 1943 roku. Obecnie; niemieckie małżeństwo Barbara i Ralph wynajmują dom w północnej Anglii, Westhill House. Jest to prezent urodzinowy dla Ralpha i jednocześnie rozpaczliwa próba uratowania ich małżeństwa. Dom jest bardzo stary, ponury, czuć skrywane w nim tajemnice, które zawsze posiadają stare domy. Każda skrzypiąca deska jest świadkiem historii, o której  nie ma pojęcia żaden człowiek stąpający po nich, żaden sąsiad. Nie wszystkim dane jest je poznać. Plany małżonków są proste i przyjemne, spędzić miło święta, sylwestra i porozmawiać o przyszłości, zbliżyć się do siebie. Pogoda ma jednak inne plany, zaskakuje ich, intensywnie padający śnieg odcina ich od świata. Rozglądają się po domu w poszukiwaniu jedzenia, opału oraz czegoś co zajmie ich czas. Barbara trafia na stare zapiski, pamiętnik dawnej właścicielki Westhill, Frances Gray, napisany w formie powieści. Przegląda je najpierw od niechcenia, jednak okazują się bardzo ciekawe, intrygujące i Barbara wciąga się w lekturę. Poznajemy dzieje autorki wraz z Barbarą, poprzednia właścicielka domu, spisała je przed śmiercią przy szklaneczce whisky, wyrzuciła z siebie, przelała na papier emocje całego swojego życia i prawdopodobnie próbowała zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Poznajemy ją w 1007 r. jako buntowniczą nastolatkę, która odrzuciła ofertę małżeństwa a wraz z nim rolę żony i matki, stojącej u boku męża polityka. Kochała Johna, jednak bała się, że wychodząc za mąż coś jej umknie w życiu. Wyjeżdża do Londynu do ciotki i tam przyłącza się do WSPU, organizacji walczącej o prawa wyborcze dla kobiet, trafia nawet do więzienia i przeżywa bardzo trudne chwile, które dosadnie pokazują jej brutalny świat. Po tych przeżyciach wraca do rodzinnego domu, by dojść do siebie, jednak spokój i odpoczynek nie jest jej dany. Tutaj, podczas jej nieobecności sprawy toczyły się własnym rytmem. Frances po raz pierwszy poczuła konsekwencje swoich wyborów. John, o którym nigdy nie przestała myśleć zaczął nowe życie. Ojciec nigdy nie pogodził się z faktem, że córka była sufrażystką. Brat, który zawsze był jej oparciem, także wyprowadził się z domu, młodsza siostra natomiast stała się jej wrogiem.

Wybucha pierwsza wojna światowa, potem druga, obie mają wielki wpływ na życie Frances, jej całej rodziny oraz ojczyzny. Poznajemy imponującą siłę i niezłomność Frances w walce o zdrowie brata, szukaniu wieści o miłości swojego życia, oraz w walce o ratowanie posiadłości rodzinnej w trudnych czasach. Piękna, ciekawa saga rodzinna. W tym domu nigdy nie było nudno, zawsze był tajemniczy, zawsze dużo się działo: miłość, nienawiść, nieszczęścia, narodziny, śmierć.

        Historia niezwykłego życia, wyczytana z pożółkłych kartek, wstrząsnęła Barbarą. Stało się jasne, kim jest Laura, siedemdziesięcioletnia kobieta, obecna właścicielka domu. Odkryła mroczną tajemnicę, która łączyła ją z jedną z sióstr – Frances. Tragedia od wielu lat wisiała w powietrzu. Niczym mroźny wiat, hulający w ogromnym, pustym domiszczu, ponieważ historia Frances Gray nie dobiegła końca wraz z jej odejściem. Toczyła się dalej tyle lat po jej śmierci. Mimo woli Barbara stała się częścią tej historii.

        Powieść kipi emocjami, doskonale się ją czyta. Wzdychamy, wstrzymujemy oddech, otwieramy szeroko usta ze zdziwienia. Czytałam, czytałam, a jeśli nie czytałam to myślałam co będzie dalej. Książka o trudnych wyborach i ich konsekwencjach, o trudnych wojennych czasach i ich wpływie na Anglię, o rodzinnych więzach i kłótniach, o miłości do ojczystej ziemi, o niezwykle silnych i nadzwyczaj słabych kobietach, ujęta w niesamowicie atrakcyjny i przyciągający sposób.

Na dobry początek przygody z Charlotte Link, całkowicie zasłużona 10 / 10.

Odłamki. Ismet Prcić.

 

P1250082Ciekawe książki lubię czytać powoli. To wielka przyjemność rozkoszować się czytaniem. Tą książkę trzeba czytać wolno, zatrzymać się, przemyśleć, wytężyć umysł. 

    Jest to historia wojenna i powojenna dwóch bośniackich chłopców Ismeta i Mustafy, dość różna historia, ponieważ oni bardzo się od siebie różnią. Czyżby? Nie rozumiem ich związku przez długi czas. Ich losy przeplatają się ze sobą tak bardzo, że wydaje się, że to jedna osoba, której świadomość została rozdzielona na dwie bardzo różniące się od siebie postacie. Obie są ofiarami tej samej wojny. Jednak to wcale nie jest takie oczywiste kim jest Mustafa i nie wyjaśnia się wcale pod koniec książki. Ja odnalazłam swoją interpretację przekazu powieści. I zapewniam, że to niesamowite przeżycie odkrywać jakiś szczegół, który rozjaśni nam umysł i sprawi, że będzie nam się wydawało, iż poskładaliśmy odłamki w pierwotną całość.

Ismet urodził się w Jugosławii. Z początku życie Ismeta jest przejrzyste, co nie oznacza, że łatwe. Gdyby nie wybuchła ta wojna w 1992 r. z pewnością zostałby aktorem. Uwielbiał teatr, grał swoje pierwsze sztuki, dużo czytał. To bardzo wrażliwy człowiek, nastolatek. Wojna natomiast wszystko zmienia. Z początku wydaje się chwilowa, niezwykle trudno w nią uwierzyć. Jak mawiał ojciec Ismeta „wojny nie będzie ludzie nie są aż tak głupi, a jednak, naprawdę okazali się aż tak głupi”. Jego życie zmienia się w chaos, wraz z kolejnymi bombami spadającymi na jego miasto Tuzli. Gdy nadarza się okazja zostaje uchodźcą, zostawia rodzinę i wyjeżdża do Ameryki. Tam bezpieczny spogląda na wszystko z perspektywy odległej, innej rzeczywistości. Jednak nic nie jest proste nawet, pisanie wspomnień, które ma być dla niego terapią, pomysł ten podsunął mu terapeuta.

„Mówi, że mam zespół stresu pourazowego. Że pigułki to tylko tymczasowe rozwiązanie i żeby naprawdę wyzdrowieć, muszę ujrzeć swoje doświadczenie w szerszym kontekście, żeby ogarnąć, co i jak.”

„Najpierw skutkowało: pisałem o ucieczce, o moim dzieciństwie i starałem się trzymać faktów. Ale w miarę pisania pewne rzeczy – drobne wytwory fantazji – zaczynają się wkradać do tekstu. Zmagałem się z nimi z całych sił, starałem się je usuwać z rękopisu, ale przez to narracja w przedziwny sposób odchodziła od prawdy. Kiedy znów je włączyłem do tekstu, opowieść stała się prawdziwsza, choć nie pasowała do tego, co zapamiętałem, nie w każdym drobnym szczególe.” 

 Przeszłość stała się chaosem. To, czego uczono go w szkole, przestało być spójne, to co uważał za oczywistą prawdę zawaliło się, runęło, jego kraj, rodacy. Zadaje sobie pytania: kto jest dobry, a kto zły w tej wojnie? Kto ma rację?  Ogromne wrażenie na mnie zrobił fragment, gdy w Kalifornii spotyka rodaków, Bośniaków. Niesamowite uczucie, jednak do czasu, gdy uświadomił sobie, że to wciąż rodacy ale czetnicy czyli wróg, którego się bał, z którym walczył. 

Mustafa to żołnierz, nie uciekł przed wojną, widział ją w całej krasie z bardzo bliska, był w samym piekle, szedł na oślep, gnany przez okrutne wojenne okrzyki i rozkazy. Świadomość nie była w stanie przyswajać rzeczywistości, dnia obecnego na bieżąco, to tak jakby sen mieszał się z jawą. Sceny wojny były tak abstrakcyjne i okrutne, że rozsądek po prostu je odrzucał. Potem, gdy przyszedł czas na wspomnienia, wszystko się mieszało, „pamięć to ściema”. Wspomnienia chowają się gdy ich szukasz, potrzebujesz w najdalszych zakamarkach umysłu, by wypłynąć fragmentarycznie w najmniej oczekiwanym momencie.

    Wpływ na twórczość autora Ismeta Prcića, miała obejrzana kiedyś sztuka poznańskiego teatru „Carmen Funebre„, która była wystawiana w szkockim Edynburgu w 1995r, dokąd jego młoda grupa teatralna została zaproszona podczas trwania konfliktu w Bośni. Od tamtego czasu zapragnął wyrażać się poprzez sztukę. Wierzę, że ma nam jeszcze wiele do przekazania. Wybrał literaturę zamiast teatru, uważa, że w Ameryce w ten sposób lepiej przekaże światu swoje dziedzictwo, świadectwo. „Odłamki” to jego mocny debiut, to historia samego autora Ismeta, napisanie tej książki było rodzajem terapii. Wplótł w swoje losy Mustafę, by dobitniej pokazać jaki wpływ ma wojna na człowieka, wystarczy ją zobaczyć z bliska i już nigdy nie strząśniesz z siebie jej odłamków, które rozrzuca po całym świeci wraz z każdym jej świadkiem, uczestnikiem. Przeżycie wojny wcale nie oznacza ocalenia. 

„Asmir i muzycy byli od nas starsi. Ich w pełni ukształtowane umysły pamiętały życie sprzed wojny, sprzed chaosu, sprzed bezsensu. Poznali, co to porządek, co to sens. Naprawdę wyjechali z Bośni, bo pozostawienie za sobą chaosu było powrotem do normalności. Ale, jeśli się wzrastało w chaosie, wtedy nie było od niego odwrotu. Nie było ucieczki. Dla mnie chaos był właśnie ową normalnością. A prawdziwa normalność okazała się nienaturalnym, kruchym stanem ducha.”

Książka napisana niechronologicznie, narracja również jest zmienna. Potrzebne jest skupienie, jednak czytasz z zapartym tchem, nie wszystko rozumiesz od razu, ale wierzysz w ten przekaz wojennego świata, w to co dzieje się w ludziach i co uczyniła ta wojna w ich sercach i umysłach. Udziela się nawet język, którym autor opisuje cierpienia, zmagania z rzeczywistością. „Cholerna wojna” wyrywa się tak jakoś samo…

Oceniam na 9/10

Lalki z getta. Eva Weaver.

„Naród, który nie pamięta swojej historii, nie ma także swojej przyszłości”. (J.P.II)

 Każdy Naród powinien pamiętać o swojej historii, nawet gdy nie ma powodów do dumy.  Autorka „Lalek z getta” jest Niemką, nigdy wcześniej nie spotkałam się z książką napisaną o II wojnie przez autorkę niemieckiego pochodzenia. Wydaje mi się to godne pochwały i jednocześnie wymagające odwagi, ponieważ większość książek o Holokauście to wspomnienia ludzi, którzy to przeżyli osobiście. Pisarka z pewnością musiała bardzo dobrze się przygotować do napisania książki. Mi osobiście tylko jeden moment wydał się nieprawdziwy, niesprawdzony. Pytanie autorki, dlaczego Polacy zza murów getta, nie pomogli Żydom. My wiemy, że to nieprawda, wiemy, że pomimo zagrożenia życia działały wielkie podziemne organizacje, zostało uratowanych wielu Żydów, wiele dzieci zostało wyprowadzonych z getta. Wspomnieć należy choćby Irenę Sendlerową.  

Książki o tej wojnie nigdy mi się chyba nie znudzą. Ta jest obowiązkową lekturą dla zainteresowanych tym nigdy niewyczerpanym tematem.

      „Lalki z getta” to historia fikcyjna, pokazana w jak najbardziej prawdziwym miejscu getcie warszawskim. Pokazuje prawdziwy obraz życia w getcie, gdzie ludzie pomimo beznadziejnej sytuacji starali się przetrwać, a nawet ratowali innych. Poznaję także wiele prawdziwych postaci, których charakterystyczne cechy pozwoliły im zapisać się w historii wśród wielu tysięcy anonimowych istnień tego tragicznego okresu w dziejach naszego kraju. Spotykamy tu między innymi Janusza Korczaka, także imiona powstańców getta są prawdziwe, albo starszy mężczyzna grający na flecie, za którym biegały dzieci klaszcząc w ręce i śmiejąc się (postać pokazana w filmie „Pianista”). Taka odrobina radości, zapomnienia w tym ponurym miejscu…Taką właśnie rolę spełniały lalki, kukiełki chłopca o imieniu Mika. W wielkim smutku pocieszały, odrywały choć na chwilę od beznadziejności. Udawały, że tragiczna rzeczywistość nie istnieje.

     Swoją historię Mika, chłopiec z getta warszawskiego opowiada po wielu latach swojemu wnuczkowi. Przerażająca historia, przybliżająca prawdziwe losy wielu Żydów. Mika wraz z matką oraz dziadkiem musieli przeprowadzić się do getta. Przenosili się jeszcze wiele razy, do coraz ciaśniejszych mieszkań z wciąż rosnącą liczbą lokatorów. Po tragicznej śmierci dziadka chłopiec dziedziczy szczególny płaszcz z wieloma ukrytymi kieszeniami. Kieszeń po kieszeni, jak w labiryncie odkrywa jego zbawczy potencjał, to dzięki nim udaje mu się ukryć i przemycić wiele rzeczy, zdobywanych z narażeniem życia. Lalki, małe pacynki, które są także pamiątką po ukochanym dziadku, ukryte w zakamarkach płaszcza przemykają się przez getto razem z Miką, który robi z nich użytek i dzięki nim do tego ponurego miejsca trafia odrobina radości. Do czasu, aż zwraca na siebie uwagę niemieckiego żołnierza, teraz musi zapewniać rozrywkę wrogom, okrutnym prześladowcom, znienawidzonym nazistom. Przeżywa bardzo dramatyczne chwile, mimo to nie poddaje się a nawet ratuje życie innym. Ta niechciana znajomość okazuje się dla niego ratunkiem podczas eksterminacji Żydów pod koniec wojny. Mika zostaje ocalony i oddaje żołnierzowi jedną ze swoich lalek.

W drugiej części opowieść pokazuje losy niemieckiego żołnierza, który trafił wraz z pacynką do niewoli po klęsce Niemiec. Tam role się odwracają i nazista jako jeniec wojenny przechodzi piekło. Wojna niszczy wszystkich. Jest niesprawiedliwa, niezmordowana, bezwzględna. Ta część książki jest równie ciekawa, losy ludzi zesłanych na Syberię były niesamowicie ciężkie, widzimy bezsens wojny. Pomimo małych szans na ocalenie żołnierzowi udaje się wrócić do swojego kraju, jednak i za nim podążają demony z przeszłości, z którymi walczą ofiary jak i kaci. Na końcu losy Miki i niemieckiego żołnierza znów splatają się ze sobą w obecnych nam czasach.

 

Historia bardzo ciekawa, poparta autentycznymi wydarzeniami. Historia, która mogłaby się wydarzyć. 

Ocena 8/10

Pod czujnym okiem. Chevy Stevens

Czytaliście kiedyś dobry thriller psychologiczny? To są dopiero emocje! Zaczytałam się zarywając dwie noce oraz spóźniając się na pewne spotkanie. Coś za coś ;-)

Autorka Chevy Stevens zdobyła międzynarodową nagrodę dla twórców thrillerów za najlepszy debiut, „Kamień w wodę”. Ja sięgnęłam po jej najnowszą powieść „Pod czujnym okiem”. Równie dobrze trafiłam.

              Nadine Lavoie to główna bohaterka, doktor psychiatrii, pracuje w szpitalu na oddziale zamkniętym, w mieście Victoria w Kanadzie. Bardzo pochłonięta pracą, pomaganiem innym, co przynosi jej dużo satysfakcji. Gdy poznajemy ją bliżej zdaje się, że ucieka w pracę przed wspomnieniami z dzieciństwa, które widzi jedynie jako zamglony obraz, który schowała głęboko w podświadomości. Zmaga się z klaustrofobią, jednak źródła jej powstania nie potrafi odnaleźć, choć wie, że to pozostałość z dzieciństwa. Cierpi także z powodu złej relacji z  córką, która uzależniła się od narkotyków a po śmierci ojca wybrała życie na ulicy, w końcu straciły kontakt. Zrozpaczona matka często odwiedza dzielnice, w których przebywają bezdomni i wypatruje córki. Zastanawia się co zaważyło na decyzji Lisy i gdzie popełniła błąd wychowując ją?

          Na pozór spokojny rytm życia zostaje zaburzony, gdy na oddział szpitala trafia Heather, niedoszła samobójczyni, zmagająca się z depresją po stracie dziecka. Nadine zostaje jej lekarzem prowadzącym. Podczas terapii dziewczyna zwierza się, że przebywała ostatnio wraz z mężem Danielem w pewnym centrum ratowania życia duchowego pod nazwą „Rzeka Życia”, prowadzonym przez guru Aarona Quinna. Jest to prężnie działający ośrodek na wielką skalę, cieszący się wielką renomą. To wyznanie budzi w pani doktor obrazy, fragmenty wspomnień. Jako dziecko wraz z nieodpowiedzialną matką i bratem Robbiem, mieszkała przez parę miesięcy w raczkującej jeszcze komunie, prowadzonej przez tego samego człowieka, Aarona Quinna. Powracające wspomnienia dotyczą niepokojących relacji z przywódcą oraz jego agresywnym bratem. Zaczyna podejrzewać, że należą oni do sekty, która wykorzystuje i krzywdzi ludzi. Ma niemal dowód takiego postępowania w postaci pacjentki Heather. Bardzo trudno jest oddzielić obiektywne podejście do pacjentki od własnych przeżyć i wspomnień.

Sprawy młodej pacjentki przybierają dramatyczny obrót. Nadine czuje, że nie ma wyjścia i postanawia działać. Chce udowodnić, że centrum to niebezpieczna sekta oraz odzyskać swoje utracone wspomnienia. Wymaga to od niej wielkiej odwagi, samozaparcia, jednak decyduje się odnaleźć ludzi, których znała kiedyś i którzy mogliby być ofiarami Quinna. W niebezpiecznej, jak się okazuje drodze do faktów i wspomnień skrywanych w podświadomości, Nadine odwiedza ludzi, którzy mogliby jej pomóc, także brata, z którym utrzymuje niezbyt częste i raczej oschłe kontakty. Odzyskuje znaczące fragmenty wspomnień, choć są bolesne, ona z determinacją brnie do przodu. Niezabliźnione rany domagają się ujawnienia prawdy, nieodkrytej do tej pory przez Nadine i przemilczanej przez bliskich. Psychopatyczny Aaron Quinn skutecznie wymuszał posłuszeństwo na członkach grupy, nigdy nie znosił sprzeciwu. Teraz nie podoba mu się, że ktoś grzebie w jego przeszłości. Ktoś próbuje powstrzymać Nadine poprzez groźby. Pojawia się wielu  ludzi, potencjalnych oprawców, ponieważ wszyscy dookoła zdają się nie mówić całej prawdy, jakby wciąż bojąc się czegoś.

W książce podejrzany jest każdy. Przyglądałam się uważnie postaciom i zastanawiałam się kto jest pozytywnym bohaterem; skrzywdzonym, z wielką traumą, która nie pozwala mu wracać do zdarzeń z przeszłości a kto jest wtajemniczony w spisek; wie więcej niż inni, manipuluje bohaterką, stwarza pozory dobrego, zatroskanego człowieka. Mówiłam wręcz do Nadine, by nie była tak wylewna, podczas swojego śledztwa, bo każdy może być zły, czyhać na jej błąd. Każdy coś wie, każdy posiada fragment układanki, który powoli składa się w całość i pozwala Nadine odzyskać wszystkie wspomnienia utracone pod wpływem traumy. Wraz z dynamicznie rozwijającą się akcją poznajemy przeszłość bohaterki, poprzez fragmentarycznie powracającą pamięć. Pozwala to odważnej lekarce zmierzyć się z teraźniejszością, która wcale nie jest łatwiejsza. 

Nie mam porównania ale wydaje mi się, że to bardzo dobrze napisany thriller. Zło pojawia się pod przykryciem, manipuluje, jednak jest bezwzględne i okrutne. Książka napisana wiarygodnie, niesamowicie ciekawie, choć wiele się w niej dzieje. Nie nudzi i klarownie przedstawia wszystkie postacie wraz z ich dokładnym portretem psychologicznym.

ocena 9/10

Sieroce pociągi. Christina Baker Kline.

P1240907

„Czas się kurczy i spłyca, wiesz. Nie jest równo odważony. Niektóre chwile zalegają długo w pamięci, inne się ulatniają”.

„Sieroce pociągi” to opowieść o tułaczce, o braku zakorzenienia,  tożsamości kulturowej i rodzinnej. Przybliża nam mało znany lecz istotny epizod w historii Stanów Zjednoczonych, który był praktykowany w latach 1854-1929. Tzw. „sieroce pociągi” przewiozły ponad dwieście tysięcy dzieci; osieroconych, bezdomnych, porzuconych ze wschodniego wybrzeża na Środkowy Zachód. Władze chcąc rozwiązać problem bezdomnych sierot, stworzyły program mający zapewnić dzieciom wychowanie i opiekę, ponieważ do lat trzydziestych nie istniały instytucje opieki społecznej. Polegał on na wywożeniu dzieci specjalnymi pociągami w głąb kraju. Pociąg zatrzymywał się na większych stacjach i miejscowi ludzie chętni zaadoptować dziecko, wybierali je sobie wprost z pociągu. Wśród dzieci było wiele imigrantów z Włoch, Irlandii a także z Polski, pierwsze pokolenia imigrantów. Nie zawsze dzieci trafiały do dobrych, ciepłych domów. Często były wykorzystywane do pracy, głodzone, źle traktowane.

Autorkę zainteresował ten temat, gdy dowiedziała się, że jednym z takich dzieci był dziadek jej męża. Aby przygotować się do napisania książki, brała udział w zjazdach pasażerów „sierocych pociągów” lub ich potomków. Postacie są fikcyjne, jednak wątek poparty prawdziwymi historiami.

        Głównymi bohaterkami książki są dwie nastolatki, które pomimo, że żyją w innych czasach mają ze sobą wiele wspólnego. Molly, mieszka z kolejnymi już rodzicami zastępczymi. Wydaje się, że znów nie trafiła najlepiej. Swoją tożsamość, swoje oburzenie na cały świat ukrywa pod kolczykami, dziwnymi strojami i farbowanymi włosami. Nie spodziewa się, że ktokolwiek ją zrozumie. Pakuje się w kłopoty i jedynym sposobem, by uniknąć poprawczaka jest praca na rzecz społeczeństwa. Trafia do pewnej staruszki, która potrzebuje pomocy przy sprzątaniu strychu. Molly pomaga starszej pani, ma zamiar szybko ”odbębnić” swoją karę. Gdy dostaje w szkole zadanie domowe, z którym nie może sobie poradzić i nie jest w stanie zwrócić się o pomoc do swoich bliskich, wybiera Vivian, i odkrywa, że mają ze sobą tak wiele wspólnego. Zaczynają się do siebie zbliżać. Staruszka wraz z każdym zakurzonym pudłem i kufrem ze strychu otwiera swoje serce, swoje życie i wspomnienia. Molly i Vivian otwierają się przed sobą, rozumieją się, ponieważ ich dzieciństwa były bardzo podobne, były jak podróż pociągiem w nieznanym kierunku bez bliskich obok siebie.

Wątek przeszłości oraz współczesny przeplatają się ze sobą. Śledzimy losy Molly i słuchamy wraz z nią opowiadania starszej pani. Ta relacja będzie miała pozytywny wpływ na życie obu kobiet. U Vivian widzimy wzruszające nas zmiany, u Molly możemy się domyślać, że nastąpią.

        Książka wzorem zwierzeń dzieci z „sierocych pociągów” pokazuje, że wszystko w życiu ma swój cel, ma wpływ na dalsze życie. Dowodem są uśmiechnięte twarze starszych już ludzi, niejednokrotnie po trudnych doświadczeniach w dzieciństwie, teraz otoczonych gromadką dzieci, wnuków. Obecnie szczęśliwych, bo gdyby los nie przywiódł ich w to miejsce, nie byliby tym kim są.

Książka napisana łatwym, ciekawym językiem, więc czyta się szybko. Wciąga i wzrusza do głębi. 

Ocena 9/10

Szmaragdowa tablica. Carla Montero.


szmaragdowa tablica, carla montero Pani Carla Montero to autorka trzech powieści, napisanych w krótkim odstępie czasu. „Szmaragdowa tablica” to chyba najgłośniejsza z nich. Hiszpańska pisarka jest absolwentka prawa i zarządzania. Historia sztuki to jej pasja, którą obszernie pokazała w swoich książkach.      

        Właśnie zamknęłam ostatnią stronę i wiem, że nie będę w stanie zacząć nowej książki, dopóki nie wyrzucę tu z siebie wszystkich uczuć i emocji, które przez ostatnie dni zawładnęły mną całkowicie. Ogromne tomisko, stało na półce i straszyło ilością stron. Zupełnie niepotrzebnie. 

            Pierwszy rozdział „Szmaragdowej tablicy” to rozdział wprowadzający, przedstawia historię powstania Astrologa, obrazu namalowanego przez początkującego artystę w XV wieku. Dzieło to, jest  bardzo pożądane przez następne stulecia. Obrazem zainteresował się sam Hitler, wierząc, że  jego tajemnica doprowadzi go do Szmaragdowej tablicy i pozwoli mu zapanować nad światem. Poszukiwane dzieło pochłonęło wiele ofiar na drodze zdesperowanych tropicieli, którzy chcieli zdobyć coś magicznego, nieosiągalnego. Moja obawa, że będziemy podążać przez wszystkie te stulecia, brnąc wątkiem sztuki, malarzy oraz alchemii, ezoteryki i magii, rozwiała się jak mgła wraz z następnym rozdziałem. Malarz Giorgione, któremu książka przypisuje obraz żył naprawdę, był jednym z głównych twórców dojrzałego renesansowego malarstwa weneckiego. Słynął z tego, że nie podpisywał swoich obrazów, więc wątek z Astrologiem mógłby istnieć, podobnie jak zainteresowanie Hitlera wszystkim co magiczne i diaboliczne.

          W drugim rozdziale przenosimy się do XXI wieku, Ana, doktorantka w dziedzinie malarstwa Giorgionego, na zlecenie swojego narzeczonego Konrada, bogatego miłośnika sztuki, rozpoczyna poszukiwania obrazu Astrolog. Z początku powątpiewa czy mityczny obraz istnieje, nie bardzo ma ochotę zająć się tymi poszukiwaniami, porzucać Madryt, swoje mieszkanie i pracę, przenieść się do Paryża. Tam bowiem prowadzi pierwszy ślad, czyli list pewnego żołnierza majora SS Georga von Bergheima, napisany w 1941 roku. Przekonuje ją dopiero, zachęca  i wciąga w dalsze poszukiwania odnalezione w archiwum zdjęcie majora; pierwszy krok, dowód istnienia postaci ze starego listu. Zaczyna odczuwać chęć bliższego poznania jego losów. W śledztwie pomaga jej Alain Arnoux, działający w organizacji, która zajmuje się zwracaniem dzieł sztuki zrabowanymi w czasie wojny, ich prawowitym właścicielom lub spadkobiercom. Bez niego śledztwo stałoby w miejscu. Ana, wydaje się zagubiona, niepewna, przechodzi samą siebie, natrafia na chwile grozy i niebezpieczeństwa, podążając tropem Astrologa. Poznaje życie ludzi, związanych z upragnionym obrazem. Odkrywa losy rodziny, która opiekowała się nim, strzegła go z pokolenia na pokolenie.

         Drugi wątek książki to czas wojny i sam major George von Bergheim. On również poszukuje Astrologa, na zlecenie samego Hitlera. Ślad prowadzi go do Sarah Bauer, francuskiej Żydówki, którą zaczyna śledzić. Sarah, dwudziestoletnia dziewczyna zostaje nagle sama, po tym jak całą jej rodzinę zabrało gestapo. Ojcu udało się w ostatniej chwili przed aresztowaniem ukryć ją w piwnicy. Dzielna dziewczyna, przyłącza się do Ruchu Oporu, poznaje przyjaciół, stara się przeżyć wojnę. Domyśla się, że jest śledzona przez majora, obserwowana na każdym kroku. Ich drogi  zbliżają się do siebie a nawet splatają ze sobą w niesamowity, niebezpieczny sposób.

” Przeznaczenie kazało nam siebie nienawidzić”.

Ten wątek wciągnął mnie bardziej, nie sposób było oderwać się od losów Sarah, dziewczyny z dobrego domu, która musi radzić sobie sama w owładniętym wojną Paryżu. Oba wątki pokrywały się ze sobą, jednak każdy z nich był przerywany w najciekawszym momencie (jak reklamy podczas ciekawego filmu) i akcja przeskakiwała z przeszłości w teraźniejszość i odwrotnie, uzupełniając się nawzajem. Na finiszu obie fabuły złączyły się w jeden koniec wielkiej, niesamowitej historii. Być może trudno uwierzyć w taki finał, być może poczujemy pewien niedosyt. Mimo to książka jest świetna. Wartka akcja, niezwykłe przeżycia bohaterów, szczególnie tych w czasie wojny, wynagradzają wszystko. Nawet dialogi zawierające przekleństwa zawarte we współczesnym wątku, które mnie drażniły. Autorka pewnie chciała dodać nieco brutalności i bezwzględności w świadku przestępczym. To również wybaczam, szczerze zachwycona książką. :-)

Paryż w czasie II wojny, to dla mnie coś nowego. Poprzednie książki, które czytałam o II Wojnie Światowej, akcja rozgrywała się przeważnie w Polsce. W „Złodziejce książek” obserwowałam czas wojny w Niemczech. Upewniło mnie to w przekonaniu, że wojna jest okrutna wszędzie, że zawsze najbardziej krzywdzi zwykłych ludzi. Tak też dzieję się w wątku z czasów okupowanego Paryża.

        Podsumowując, czytałam wstrzymując oddech, naprawdę trudno było się oderwać, 670 stron szybko się skończyło. Z czasem sama Szmaragdowa tablica zeszła na drugi plan, ważni byli ludzie, ich ciekawe, tragiczne chwilami losy, chciałam dowiedzieć się o nich więcej. Śledztwo posuwa się naprzód, Ana wraz z Alainem  wciąż odkrywają coś nowego, niesłychanego, jednocześnie losy Sary, wciągają nas i trzymają w napięciu do granic wytrzymałości, do ostatniej strony.

Ocena 9/10

 

 

 

 

 

Lawendowy pokój. Nina George

P1240877

    „Czytanie – niekończąca się podróż. Długa, ba, wieczna podróż, w trakcie której stajemy się łagodniejsi, czulsi i bardziej ludzcy”. Cytat ten tłumaczy dlaczego sięgnęłam po tę książkę.

Nina George, autorka, napisała ponad dwadzieścia powieści i wiele felietonów. Jak to się stało, że nigdy, na żadną nie trafiłam do tej pory?  Wyczytałam, że Nina jest miłośniczką kotów, więc już ją lubię ;-)

Oto jej „Lawendowy pokój”.

     ”Chciałem leczyć uczucia niezakwalifikowane jako cierpienie i niezdiagnozowane przez medycynę. Wszystkie owe śladowe emocje, porywy, którymi nie interesuje się żaden terapeuta rzekomo właśnie z powodu ich znikomości czy nieuchwytności. Na przykład poczucie, że znów kończy się lato. Albo uświadomienie sobie, że nie ma się już całego życia na szukanie swojego miejsca…”

Jean Perdu, pięćdziesięcioletni właściciel księgarni Apteka Literacka, która znajduje się na barce zakotwiczonej na Sekwanie w samym Paryżu. To jak sprzedaje książki jest niesamowite. On nie sprzedaje ich zwyczajnie, pospolicie, on dobiera tytuł, treść do każdego klienta indywidualnie. Perdu leczy książkami, uszczęśliwia, uspokaja, pomaga pozbyć się żalu, stresu czy przemęczenia życiem. Na podstawie krótkiej rozmowy potrafi dobrać lekturę każdemu. Żyje sprzedażą książek i na tym jego życie się kończy…reszta to po prostu wielka ucieczka, przed przeszłością, przed wspomnieniami a także przed jakimkolwiek krokiem naprzód. Cierpi od dwudziestu lat po odejściu ukochanej kobiety do innego mężczyzny. Nie potrafi się pozbierać, otworzyć na świat i ludzi. Oczywiście ma książkę dla siebie. „Zorza południowa”, która pozwoliła mu przetrwać, jednak nie wyzdrowieć.

Wszystko zmienia list, znaleziony w pokoju o ścianach w kolorze lawendy, który niespodziewanie trafia w ręce Jeana. Postanawia wyruszyć w podróż, aby wreszcie rozprawić się ze swoimi uczuciami, pragnie zmienić swoje życie, jednak potrzebuje osobiście stanąć twarzą w twarz z przeszłością. Nie wie co go spotka u kresu podróży, jednak uczucia, które tłamsił tyle lat pchają go naprzód. Wyrusza na swojej barce pełnej książek, pokonuje kolejno rzeki, przeciskając się kanałami by dotrzeć do Prowansji. Spotyka wielu ciekawych ludzi; Maxa młodego pisarza, który szuka natchnienia do dalszej twórczości, Cuneo, który podąża śladem dawnej miłości choć tak naprawdę szuka nowej, tej prawdziwej… Nasz księgarz odwiedza również pisarza, którego podejrzewa o autorstwo, ukrytej pod pseudonimem „Zorzy południowej”. Podąża również tym śladem. Poznać go, to jedno z jego marzeń, które wciąż istnieją, które wreszcie obudził w sobie.

„Wierzę w to. Istnieją książki napisane tylko dla jednej osoby. Zorza… była przeznaczona dla mnie”.

      Od początku wydawało mi się, że wiem, jak skończy się książka, wydawała mi się przewidywalna, dlatego też nie mogłam doczekać się, czy miałam rację. Pięknym, ciekawym początkiem powieść postawiła wysoko poprzeczkę, miałam wielkie wymagania wobec zakończenia, oczekiwałam zaskoczenia. Nie doczekałam się, jednak nie czuję rozczarowania, bo nie o zakończenie chodzi w tej książce. Świetnie się bawiłam czytając pierwszorzędne, zabawne, pełne humoru przygody błyskotliwych bohaterów, którzy zmagają się z niespełnioną miłością, własnymi słabościami, diametralnie zmieniają swoje życie, poznają prawdziwą przyjaźń. Jest to książka o miłości, i to nie jednej, o tym jak ważna jest ona w życiu i jak trudno, i pusto jest, gdy jej brakuje, gdy człowiek zamyka się przed nią. Nie jest to jednak żadna, zwykła opowieść o miłości.

Prawdziwą ucztą było rozkoszować się pięknym językiem, którym posługuje się autorka opisując wszystko co dotyczy książek, pisarzy, czytelników, księgarzy. „Lawendowy pokój” ma swój wątek, swoją historię, piękną, ciekawą, jednak książki są tłem, piękną scenerią, oprawą i wystrojem. 

Historia pełna optymizmu i humoru, prawdziwe przeżycia, doświadczenia życiowe, które zmieniają ludzi, pozwalają stać się lepszymi, pozwalają przeżyć życie dojrzalej. Polecam.

Ocena 9/10

 

W pogoni za świetlikami. Charles Martin

P1240833Tamtej nocy, leżąc w łóżku patrzyłem na gwiazdy zamknięte w słoiku, które rozświetlały mój pokój krótkimi rozbłyskami”

      Książka zaczyna się przerażającym wypadkiem. Pozostawia on zagadkę do rozwiązania, którą odkrywamy stopniowo przez wszystkie strony. Z wypadku wyłania się postać chłopca, który nie mówi, nie ma imienia, nie zna swojej przeszłości, widzi zamazane fragmenty swojego tragicznego życia, które potrafi ująć szkicując najbardziej wymowne szczegóły. W szpitalu poznaje dziennikarza Chasa Walkera, który zamierza napisać artykuł o tym wypadku do gazety, w której pracuje. Chase wychowywał się w rodzinie zastępczej, nie zna dokładnie swojej przeszłości, więc wiele łączy go z tajemniczym chłopcem.

Jednak kim jest chłopiec z wypadku, to nie jedyna zagadka, która nas ciekawi i wciąga oraz nie pozwala oderwać się od lektury. Rozdziały przeplatają się wydarzeniami, które dzieją się aktualnie oraz wydarzeniami z przeszłości, które również są interesujące, tajemnicze i pozwalają przyjrzeć się postaciom, które zainteresowały się losem chłopca.

      Narratorem jest  Chase Walker, dziennikarz, myślę, że nie z przypadku. Dobry dziennikarz charakteryzuje się dociekliwością, dążeniem do źródeł, dostrzeganiem szczegółów, których inni nie widzą. To tajemnice z przeszłości, nieustannie towarzyszące jego życiu od kiedy sięga pamięcią skłoniły, wręcz zmusiły go do wybrania tego zawodu. Wychowywany był przez ciocię Lornę, i wujka Willeego, jego rodzinę zastępczą.

Wujek spokojny, opanowany, czuły, odpowiedzialny za rodzinę, jednak ciąży nad nim trudna i tajemnicza przeszłość. Kradzież w banku, pobyt w więzieniu, historia ta kłóci się z jego charakterem i wizerunkiem. Stracił wszystko, tylko nie wiarę w samego siebie. Od początku widać, że coś tu nie pasuje. Czuje to także Chase, który dojrzewa do rozwiązania zagadki z przeszłości i oczyszczenia dobrego imienia wujka. Sytuacja ze Sketchem, chłopcem z wypadku, który trafił w końcu do rodziny zastępczej wujka, sprawiła, że ten czas nastąpił. Chase nabrał odwagi, pewności siebie do stawienia czoła swojej własnej przeszłości i przeszłości ukochanego wuja. 

Wielką i ważną rolę w życiu Chasa, odgrywa Tommye, mieszkająca z nimi bratanica wujka Willeego. Wraca do domu po kilku latach burzliwej kariery aktorskiej. 

Krętymi korytarzami w przenośni i dosłownie bohaterowie odkrywają tajemnice. Mądre powiedzenia wujka wreszcie nabierają znaczenia, prawda wychodzi na jaw, jednak ostateczne oczyszczenie dopiero nastąpi i będzie zależało od Chasa. Zakończenie jest zaskakujące oraz szczęśliwe, ale zostawia nam wiele do myślenia. Teraz dopiero sprawiedliwość zacznie roztaczać swoje skrzydła nad miastem, bo szczęście już zagościło w ich domu, szczęście jest tam gdzie rodzina i miłość.

      Książka pełna zawiłości, przeplatana różnymi wątkami, ale takie właśnie jest życie wyrzutków i podrzutków. Nierozwiązane i męczące sprawy, bolesne wspomnienia z przeszłości znajdą w końcu sposób, żeby upomnieć się o swoje prawa, o sprawiedliwość, by wyjść z głęboko ukrytego miejsca w sercu i z wielką ulgą ulecieć, łapczywie wciągając  powietrze. 

Z początku, trzeba się skupić, aby nadążyć za narratorem, który podróżuje w czasie, opisuje wydarzenia z przeszłości swojej, ale także historie rodziny wujka Willeego, która wciąż ciągnie za sobą nierozwikłaną sprawę. Narrator to perfekcjonista, gdy opisuje miasto, poznajemy jak powstało, gdy opisuje chorobę – wiemy o niej wszystko, drużynę sportową, znamy jej wszystkie wyniki, najlepszych graczy. Powieść obyczajowa, przeplatana wątkami kryminalnymi, dla tych,którzy lubią gdy w książce dużo się dzieje.

      Na koniec ciekawostka dotyczącą książki, właściwie autora. Charles Martin napisał tę książkę by złożyć hołd swojemu ojcu, który wypełnił w jego życiu pustkę, którą tylko ojcowie są w stanie wypełnić. Ojciec był dla niego „Niezrównany”.

„- Dzięki, tato. – Posłuchaj. Słyszałeś to? O to właśnie chodzi…”

Ocena 8/10

Czarne skrzydła. Sue Monk Kidd

P1240809„Za każdą nieopisaną ludzką krzywdą kryje się straszne milczenie”

Ameryka z początku XIX wieku była piękna i okrutna. Ludzie tylko z pozoru dzielili się na czarnoskórych niewolników  i białych ich właścicieli. Ludzie dzielą się niezależnie od miejsca i czasu na dobrych i złych, bezwzględnych i współczujących, obojętnych i działających…Takie kontrasty ukazuje ta książka, takie skrajnie różne postawy kobiet są tu przedstawione.

       ”Wtedy dostrzegłam coś, czego wcześniej nie widziałam. Bardzo dobrze wychodziło mi pogardzanie niewolnictwem jako takim, w postaci anonimowej masy…Oswoiłam się ze złem w jego konkretnej postaci”.

Sara Grimke, córka sędziego sądu Karoliny Południowej, właściciela plantacji bawełny oraz niewolników. Na swoje jedenaste urodziny dostaje niezwykły prezent, swoją własną niewolnicę. Inteligentna i wrażliwa Sara spogląda na swoją rówieśniczkę obwiązaną wstążkami i budzi się w niej sprzeciw, nie można posiadać drugiego człowieka! Jako jedenastolatka nie jest w stanie zmienić zwyczajów, praw i obowiązków panujących w jej otoczeniu. Dziewczynki nieśmiało zaprzyjaźniają się, Sara uczy przyjaciółkę pisać i czytać, co jest surowo zabronione. Za ten odważny, pierwszy krok do wolności, obie ponoszą karę.

„Była uwięziona, tak samo jak ja. Tyle, że ona tkwiła w pułapce własnego umysłu, pułapce umysłów otaczających ją ludzi a nie prawa.”

Marzeniem Sary jest zostać prawnikiem jak jej bracia, jednak to nie jest możliwe w tamtych czasach ze względu na ograniczone prawa. Kobiety niemal jak niewolnicy powinny znać swoje miejsce. Dziewczynka czuje się bardzo rozczarowana i bardzo długo szuka swojego miejsca w tym niezrozumiałym dla siebie świecie. Jako dorosła kobieta, narażając się rodzinie i władzom, podróżuje na północ, tam dołącza do grupy abolicjonistów i walczy o zniesienie niewolnictwa. Mało tego, walczy również o prawa kobiet, angażuje się w to całkowicie. Jedyną osobą z rodziny, która ją wspiera jest jej młodsza siostra Nina. Wciąż myśli o Szelmie, los przyjaciółki jest dla niej inspiracją do działania.

       „Niczym nie różniliśmy się od lustra w złoconej ramie czy końskiego siodła, nie byliśmy pełnoprawnymi ludźmi. Do tej pory nigdy w to nie wierzyłam, przenigdy, nawet przez jeden dzień mojego życia. Ale jeśli ujarzmiony człowiek przysłuchuje się białym przez wystarczająco długą chwilę, zaczyna się zastanawiać. Wtedy opuściła mnie duma, a to na ile nas wyceniono, przestało mieć znaczenie. Pierwszy raz poczułam ból i wstyd z powodu tego, kim jestem.”

Oto niewolnica, czarnoskóra Hetty, zwana przez matkę Szelmą. Ta bohaterka pokazuje nam trudne i bolesne życie niewolnika, który w swoim okrutnym losie, desperacko szuka sposobu wyrażania siebie. Marzy o wolności i dzięki swojej odważnej matce wierzy w te marzenia. 

      Wspaniała książka, tak trudny temat opisany niezwykle ciekawie, wciąga od pierwszych, do ostatnich stron. Powieść o niezwykłej, trudnej przyjaźni, pełnej wyrzutów sumienia, o niesamowitej odwadze przeciwstawienia się całemu światu. Takie książki czyta się jednym tchem, właśnie takie książki uwielbiam. Akcja opisywana na zmianę przez Sarę i Szelmę. Świat przedstawiony z perspektywy niewolnika oraz jego właściciela. Przyszedł mi do głowy film „Północ-Południe”, który pomimo okrutnego tematu niewolnictwa, był  prawdziwy i poruszający. Ukazał dokładnie historię niewolnictwa i poglądy na ten temat, które podzieliły północną i południową Amerykę. Porównuję do niego tą książkę, bo jest równie, niesamowicie wciągająca. 

      Powieść jest fikcyjna, jednak wielką ciekawostką jest to, że Sara i Angelina Grimke, siostry, to postacie autentyczne, żyły naprawdę i działały aktywnie w organizacjach na rzecz abolicji i praw kobiet. Ich rodzina i wiele innych postaci istniało na prawdę. To sprawia, że książkę czyta się z jeszcze większym zainteresowaniem. Ostatnim aktem w ich publicznym buncie było poprowadzenie czterdziestu dwóch kobiet do głosowania w wyborach miejskich w 1870 roku, wrzuciły symboliczne i wymowne, bo wciąż nielegalne, swoje głosy do urny.

     Poszukując ciekawych książek do czytania, kilka razy obił mi się o uszy tytuł „Sekretne życie pszczół”. Powieść ta została zekranizowana. Nie zdawałam sobie sprawy, że Sue Monk Kidd, jest jej autorką, z pewnością kiedyś sięgnę i po tę, i być może po inne książki Sue. 

Z wielką przyjemnością 10/10

Uśmiech Madeline. Darien Gee

P1240768Madeline to właścicielka miejscowej, przytulnej herbaciarni, w której spotykają się mieszkańcy Avalon. Jej uśmiech, to przygotowywane z wielką pasją domowe posiłki, oraz starannie dobrane mieszanki herbat, przy których goście rozmawiają o problemach, bo każdy z bohaterów książki je ma, nawiązują nowe znajomości a nawet przyjaźnie.

Isabel nie może otrząsnąć się po romansie męża, Ava samotnie wychowuje syna i zmaga się z kłopotami finansowymi, Yvone uciekła do Avalon przed bolesną przeszłością, przed utraconą miłością, Frances matka trzech chłopców, pragnie adoptować dziewczynkę z Chin, która okazuje się chora, Connie, to miłośniczka kóz, skąd u niej zamiłowanie do tych zwierząt? To niektórzy z mieszkańców miasteczka w stanie Illinois. Spośród wszystkich, góruje temperamentem ekscentryczna Bettie, miłośniczka scrapbookingu, czyli ozdabiania albumów zdjęciami i wykonanymi ręcznie ozdobami, która zaraża swoją pasją wszystkich dookoła, nawet mężczyzn. 

Z początku każdy zajęty swoimi sprawami, problemami, sąsiedzi wręcz unikają się nawzajem. Niektórzy mają uzasadnione żale do innych, urazy z przeszłości. Szczególnie Bettie wydaje się chwilami natrętnym, wścibskim gościem w domu swoich sąsiadów i zbyt natarczywie narzuca innym swoje hobby. Jednak spotkania klubu miłośników, któremu przewodzi Bettie, mimo wszystko zbliżają ludzi do siebie, sprawiają, że poznają się bliżej, otwierają przed sobą, konfrontują ze sobą. Przełom następuje, gdy Bettie zaczyna chorować. Wszyscy przyjaciele, znajomi i sąsiedzi jednoczą siły i pomysły, aby pomóc jednej z nich, przygotowują dla niej niespodziankę, odkrywają, że wiele zawdzięczają tej kobiecie, bywała także aniołem stróżem, pocieszycielką, przecież mimo jej męczącego charakteru, jest nieodłączną częścią ich społeczeństwa. 

Książka ma prawdziwie, szczęśliwe zakończenie. Przychodzi Dzień Dziękczynienia i każdy problem rozwiązuje się, każdy z bohaterów odnajduje swoje własne szczęście, z większą lub mniejszą pomocą innych.

Ciepła, lekka książka o ludzkiej życzliwości, o tym, jak dając coś od siebie możemy pomóc komuś obok, jak bardzo to może uszczęśliwić nie tylko innych, ale i nas samych. Dobrze mieć życzliwych ludzi dookoła, czasem warto nawet zawalczyć o ich uwagę, poprosić o pomoc.

Z początku w książce, męczy zbyt długie przedstawianie, wciąż nowych bohaterów, mieszkańców miasteczka, jest ich dość dużo. Wytężałam umysł, by wszystkich zapamiętać, byłam pewna, że każdy szczegół będzie miał znaczenie w dalszej części. Czekałam niecierpliwie, kiedy autorka „przejdzie do rzeczy”, kiedy ich losy przeplotą się ze sobą i zacznie się coś dziać, akcja nabierze tempa. Zanim to się stało, poznawałam każdego po kolei, z ich nierozwiązanym problemem, frustracją. Mnie to trochę znużyło, jeden bohater, drugi, trzeci i jeszcze jeden… Dopiero sam koniec książki przynosi ulgę i satysfakcję a być może nawet wzruszenie.

Wiem, że jest książka „Herbaciarnia Madeline”, która była napisana wcześniej. Łączy je jednak tylko ta sama herbaciarnia miejsce spotkań mieszkańców, jednak bohaterowie są zupełnie inni, więc książki nie są powiązane wątkiem.

Ocena 7/10

Drzwi do piekła. Maria Nurowska.

P1240763      Tytułowe „Drzwi do piekła”, przez które przechodzi bohaterka Daria Tarnowska, to drzwi do więzienia. Wielkie i ciężkie, bezlitośnie zatrzaskują się za nią na dwanaście lat. Taki bowiem wyrok dostała za zabójstwo własnego męża. Tak zaczyna się książka, w której śledzimy jej losy w więzieniu dla kobiet w Kowańcu, miejscu do którego trafiają kobiety z długimi wyrokami. Jako pisarka, kobieta wykształcona, intelektualistka, Daria czuje się wyobcowana wśród współwięźniarek, musi wypracować sobie pozycję w więziennej hierarchii żeby jakoś przeżyć. Z racji swojego zawodu posiada dar słuchania, co sprawia, że inne kobiety z czasem zaczynają się jej zwierzać. Przychodzą do biblioteki, w której pracuje, która jest jej azylem, oderwaniem od trudnej i brutalnej rzeczywistości. Stawia sobie nawet za zadanie, wyprowadzić jedną z nich na dobrą drogę, czuje się lepszą od pozostałych więźniarek. Przechodzi resocjalizację, rozmowy z panią wychowawcą, z którą zaczyna ją łączyć pewna więź emocjonalna. Podczas tych rozmów dowiadujemy się jak wyglądało życie bohaterki od dzieciństwa, które nie było usłane różami (bo tak to zwykle się zaczyna), do chwili gdy zastrzeliła swojego męża. Przez całą książkę, poznając jej toksyczne małżeństwo, dziwne i trudne relacje z mężem, nie możemy zrozumieć dlaczego posunęła się do zabójstwa. Dowiadujemy się tego pod koniec książki i znając już historię tego małżeństwa, możemy trochę pobawić się w psychologa co było prawdziwym powodem.

” I nagle pojęłam, że wszystko w moim życiu było oszustwem, że ominęło mnie coś najistotniejszego co może spotkać kobietę. Dlaczego uznałam, że najważniejszy jest mężczyzna? Dlaczego tego mężczyzny posłuchałam? Wmówił mi, że macierzyństwo jest nie dla mnie, że nie dam sobie rady.
  … zrozumiałam, że przegrałam swoje życie, wyznaczając w nim fałszywe hierarchie. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, być może nie byłoby mnie tu teraz”.

Słuchamy różnych historii kobiet, które znalazły się w tym nieprzyjemnym miejscu. Ich przeżycia często sięgające dzieciństwa, sprawiają, że patrzymy na nie jak na zwykłe kobiety, którym los dał w skórę, które po prostu nie były odporne na ciosy, zgubiły się w życiu, nie dały rady… Są i takie, które nie potrafią żyć na własny rachunek i wciąż wracają do więzienia jak do domu.

Autorka, by wczuć się dobrze w atmosferę więzienia, pozwoliła się zamknąć w takim miejscu na parę dni. Dość ciekawa książka, trudno się oderwać, ponieważ chcemy poznać życie Darii oraz śledzić jej losy w więzieniu. Jednak spodziewałam się większych emocji, jak na opowiadanie z takiego miejsca, książka jest za spokojna. Mam wrażenie, że Daria trafiła do najbezpieczniejszej celi i jest chroniona przez strażniczkę, przed brutalniejszym życiem w więzieniu. „Dom na krawędzi” to książka o dalszych losach Darii już po wyjściu z więzienia. Jak na razie nie mam ochoty po nią sięgać, może kiedyś…

Ocena 6/10

 

Marzenia Joy. Lisa See

Marzenia Joy Lisa See     Lisa See, amerykańska pisarka, pochodzenia chińskiego.  W swojej pierwszej książce „Na złotej górze”, opisuje losy swoich przodków, dzieje dziadka, który w XIX w wyjechał z Chin do USA, gdzie ożenił się z Amerykanką. Kraj przodków, wciąż odkrywa dla nas na nowo, w swoich powieściach, ukazując kulturę chińską, tradycje i zwyczaje widziane często oczami kobiet.  Laureatka wielu nagród organizacji amerykańsko-chińskich, Organizacja Amerykanek Pochodzenia Chińskiego ogłosiła ją Kobietą Roku 2001.

Czytałam już kiedyś książkę tej autorki ” Miłość Peonii” Książka o rodzinie, miłości w XVI wiecznych Chinach. Brzmi nudno? Niekoniecznie.

Wróćmy do „Marzeń Joy”. Zawahałam się czy ją przeczytać, ponieważ jest to kontynuacja sagi „Dziewczęta z Szanghaju”, której nie czytałam.  Wy już wiecie, ja nie wiedziałam, ale czytając ” Marzenia Joy” wcale mi to nie przeszkadzało, nie brakowało mi żadnych szczegółów.

Poznajemy początki komunizmu w Chinach, czyli 50 lata XX w. Rządy Mao Zedonga, jego nieudane przemiany polityczne i gospodarcze, które doprowadziły do śmierci dziesiątków milionów ludzi. Książkę, autorka oparła na prawdziwych wspomnieniach wielu ludzi, którzy przeżyli te czasy na własnej skórze. Niektórzy pozostali anonimowi, udało im się uciec z Chin, zostawiając za sobą nie tylko tragiczną i trudną przeszłość, ale i część rodziny.

Joy, poznajemy jako dziewiętnastolatkę, wychowaną w Chinatown w Los Angeles. Po śmierci ojca, wychodzą na jaw rodzinne kłamstwa, z których nastolatka nie zdawała sobie sprawy. Poróżniło ją to z matką i ciotką. Joy postanawia zrobić im na złość i wyjechać do Chin, kraju, z którego jej matka uciekła będąc z nią w ciąży. Wpływ na tą decyzję miało również pewne stowarzyszenie Studentów Chińskich, do którego Joy wstąpiła na studiach. Uwierzyła w wielką i piękną propagandę i wyjechała, by pomóc budować nowe, potężne Chiny a także odnaleźć swojego biologicznego ojca.

Jej przygody są niesamowite, trudne i niebezpieczne. Zderzenie z kulturą dla nas obcą, ciekawi i wciąga. Odnajduje ojca, który okazuje się być zdolnym artystą malarzem. To on zabiera córkę na wieś, gdzie Joy spotyka swoją miłość. Młodzieńczy optymizm Joy przesłania jej prawdziwy obraz Chin. Na całym świecie, w każdym państwie ludzie pragną tego samego. Spotykać się, śmiać, zakładać rodziny, pracować. Takie też marzenia miała Joy, jednak jak je osiągnąć, jeśli państwo, jego władze odbierają po kolei wszystkie podstawowe potrzeby życiowe. Do poruszania się po kraju, potrzebny jest paszport. Racje żywnościowe są coraz bardziej uszczuplane a wspólna praca na rzecz kraju coraz bardziej wyczerpująca. W końcu straszny głód i wyczerpanie, brak możliwości ucieczki dokądkolwiek zagłusza wszelkie ludzkie odczucia a budzi instynkty. Jedna scena mnie osobiście przeraziła najbardziej, jak to cierpiące ogromny głód rodziny, zamieniały się małymi, umierającymi dziećmi. Po co? Przeczytajcie książkę.

Na szczęście dla Joy, jej matka jedzie za nią. Musi ją odnaleźć w wielkich i nieprzyjaznych Chinach, które nie przypominają już jej ojczyzny sprzed dwudziestu lat. Na przekór niebezpieczeństwu, zdając sobie sprawę, że być może bez możliwości odwrotu matka podąża za córką.

„Marzenia Joy” to książka świetnie napisana, autorka naprawdę dobrze przygotowała się jeśli chodzi  o szczegóły jak np. co jadali ludzie u władzy a co w biednych komunach, jak ludzie kontaktowali się ze sobą w państwie, w którym każdy list był otwierany i cenzurowany oraz jak w owych czasach można było opuścić kraj. Oddała także doskonale atmosferę tamtych tragicznych czasów, w niektórych momentach doprowadzając mnie nawet do łez.

Książka warta przeczytania. Moja ocena 8/10.

Pępowina. Majgull Axelsson

P1240653    „Pępowina” została zaliczona do serii książek „z miotłą”. Za tą ciekawą i tajemniczą nazwą kryją się powieści napisane przez kobiety z całego świata, przez kobiety, które piszą o nas i o naszych czasach. Nie oznacza to jednak, że są tylko i wyłącznie dla kobiet. Seria ta została zainicjowana w 2005 roku i ukazuje się tylko 9 wybranych książek rocznie. Ciekawostka.

Majgull Axelsson, była szwedzką dziennikarką, jej pierwsze książki były reportażami o biedzie w Szwecji, o dzieciach ulicy, czyli ogólnie o patologii. Zainteresowanie tym tematem oraz zdobytą wiedzę, przeniosła do swoich powieści. „Pępowina” to książka o wyrzutkach społeczeństwa, którzy jednak świetnie się z tym maskują. Żyją wśród nas, tak jak my. Książka o kobietach, macierzyństwie, trudnych relacjach z bliskimi, które mają swój początek w dzieciństwie, o tym, że czasem tytułowa pępowina ciąży nam przez dorosłe życie.

     Skandynawia, Szwecja, miasto Arvika, listopad i sztorm. Przydrożna restauracja i cztery kobiety, które pogoda zetknęła ze sobą na chwilę. Minna, właścicielka restauracji, główna bohaterka,  Anette – kelnerka, Marguerite – aktorka i Ritva – dziennikarka. Sytuacja niezbyt komfortowa, tymczasowa, jak im się wydaje. Poznają się, opowiadają o swoim życiu, od niechcenia, dla zabicia czasu. Tak je poznajemy, ich punkt widzenia świata, jednak jest to powierzchowny obraz, bo każda kobieta posiada swoje mroczne tajemnice, własne cierpienia, które skutecznie ukrywa przed światem, swoją pępowinę. Siła sztormu nie oszczędza również ich schronienia, wypadek zmienia wszystko, sprawia, że kobiety czują się bardziej związane z sobą, pragną poznać się bliżej, czują jak wiele je łączy i zaczynają otwierać się przed sobą.

„Może nie jesteśmy wspaniałe, ty czy ja. Żadna z nas nie dorasta do owej bajecznej wspaniałości, którą udajemy(…)Jedynymi normalnymi ludźmi na świecie są ci, których nie znamy”.

Szczegóły z ich życia, zanim utknęły w tym miejscu i czasie, poznajemy stopniowo z opowiadań każdej z kobiet. Autorka potrafi świetnie budować napięcie, dąży do ważnych wydarzeń, by przerwać na chwilę i zająć się życiem innej bohaterki, które oczywiście jest równie wciągające.  

Kobiety, ludzie, którzy przewijają się w powieści pokazują nam swoje powierzchowne zachowania w towarzystwie, usilne skrywanie prawdziwego ja. Dlaczego? Ponieważ nie chcą się wyróżniać. Dzieciństwo zostawiło tak ogromną traumę, że wciąż czują się inni, wytykani palcami, wciąż pragną ciepła, miłości, zrozumienia, uwagi, wszystkiego, czego brakowało im w dzieciństwie. Nie ma znaczenia to, że osiągnęły jakiś sukces w życiu, że być może, radzą sobie, nie gorzej od innych, normalnych ludzi. Brak wiary w siebie, męczy ich jestestwa.

Sukces, łatwo jest przypisać sobie, ale już porażki, niepowodzenia, lepiej zrzucić na przeszłość, na błędy rodziców. Pytanie, które nasuwa się po przeczytaniu książki: czy naprawdę tak trudno jest odciąć się od swojej pępowiny? Czy tak trudno jest zastanowić się nad sobą, rozważyć swoje marzenia, pragnienia, przyszłość. Czy trudne dzieciństwo musi ciągnąć się za człowiekiem całe życie, czy tak jest po prostu prościej, nie wysilać się, nie walczyć o siebie, bo po co. Czy trzeba przeżyć w życiu wstrząs, żeby zrobić postój, zatrzymać się w biegu życia i zrozumieć, że to my jesteśmy kowalami swojego losu. My!

Książka ta, z pewnością trzymała mnie w napięciu, czytało się dość dobrze, szybko. Lubię książki o ludzkich zachowaniach, jednak ta powieść nie powaliła mnie. Gdybym miała ją ocenić w skali 1/10, daję 5. Jest to jednak moja skala, więc czytajcie i oceniajcie sami.

 

Miniaturzystka. Jessie Burton.

 

"Miniaturzystka"

„Miniaturzystka”

” Miniaturzystka”, już sam tytuł jest niesamowity, dający do myślenia. Spodziewałam się niełatwej lektury, 453 strony nieco mnie wystraszyły. Te odległe czasy i miejsce akcji również, Holandia, XVII wiek. Jednak gdy już do niej usiadłam, przez cztery wieczory nie mogłam się oderwać. Tekst faktycznie, nie jest napisany prostym językiem, jednak niesamowicie hipnotyzującym, porywającym. 

     Osiemnastoletnia Petronella Oortman, przybywa do swojego nowego domu w Amsterdamie, aby zamieszkać z poślubionym miesiąc wcześniej mężem, Johannesem Brandtem, dwadzieścia lat starszym, zamożnym kupcem. Małżeństwo zaplanowała jej matka, bo przecież kobieta bez męża jest nikim. Nella jest nieśmiała, trochę przestraszona, ale też podekscytowana swoim nowym życiem. Uprzedzona przez kpiącą  matkę o trudnym życiu kobiet, jest gotowa do poświęceń by być wzorową żoną i w przyszłości matką. Pełna nadziei, przekracza próg nowego domu. Jest rozczarowana, że mąż jej nie przywitał, w drzwiach stoją służący oraz ponura i oschła szwagierka Marin. Pierwsze spotkanie małżonków, również zawodzi wyobrażenia i oczekiwania młodej żony. Jej nowy dom, szczególnie małżeńska sypialnia jest pięknie i starannie urządzona, jednak mija jedna noc, druga i kolejna, a Nella nie może doczekać się towarzystwa swojego męża. Johannes, dużo pracuje, często wyjeżdża w interesach. Nie tak dziewczyna wyobrażała sobie małżeństwo, czuje się samotna. W prezencie ślubnym, i jakoby w ramach zadośćuczynienia, mąż podaruje jej kredens, który jest miniaturką ich domu w przekroju, Nella czuje się obrażona, poniżona, potraktowana jak dziecko.

„Nie ma w mieście przyjaciół ani krewnych, którzy mogliby przyjść i wydawać okrzyki zachwytu na widok kredensu – to pomnik jej niemocy, jej powstrzymanej kobiecości. „To twój dom” powiedział jej mąż – ale kto może mieszkać w tych maleńkich pokoikach, w tych dziewięciu ślepych zaułkach? „.

Młoda żona od niechcenia, by zabić czas, zaczyna meblować i urządzać malutki domek. Znajduje adres rzemieślnika, który przesyła jej pierwsze mebelki. Wtedy właśnie w życie młodej mężatki wkracza Ona – Miniaturzystka, która z każdym mebelkiem, każdą figurką dodaje przesłanie do postaci i wydarzeń w domu.

„(…) jest w nich coś, co wykracza poza ramy normalności, są jak komentarz do jej życia, którego nie potrafi do końca zinterpretować. To coś więcej niż proste naśladownictwo”.

„potrafi wejrzeć w ich dusze, w ich wewnętrzny czas, który nie uwzględnia godzin i minut„.

„Sądziłam, że ona kradnie mi życie, ale tak naprawdę otworzyła jego przegródki i pozwoliła mi zajrzeć do środka”.

Piękny, duży dom, od początku otoczony jest mgłą tajemnicy, aurą grozy wiszącej w powietrzu, czającą się w każdym ciemnym  kącie domu. Nawet w każdym zaułku miasta. Taki był Amsterdam w XVII wieku. Tu rządzi Bóg i burmistrzowie a wścibskie oczy sąsiadów zdają się szukać, podglądać i pilnować swojego sąsiada, przyjaciela, jego moralności i duszy. Tajemnica za tajemnicą zostaje ujawniona, rozdział za rozdziałem. Każda z nich jest nieprzewidywalna, pobudza wyobraźnię i pragnienie na więcej.

Każda postać jest intrygująca, dopracowana pod względem indywidualności i nieszablonowego charakteru. Wciąga, chcemy je poznawać bliżej, stoimy pod wciąż zatrzaskiwanymi drzwiami i wręcz podglądamy przez dziurkę od klucza, podsłuchujemy spragnieni, aby odkryć wraz z Nellą co skrywają ich serca.

Jest to powieść głównie o kobietach, o tym jak radziły sobie w trudnych dla nich czasach. Świetnie jest opisana postać Petronelli, która po wkroczeniu w trudny dorosły świat, XVII wiecznych uprzedzeń i przesądów, staje się zaradną, mądrą ponad swój wiek kobietą, która potrafi zadbać o swój los. Delikatnie w tle ukazuje się nam obraz Amsterdamu, miasta na wodzie. Jego złotego wieku.

W obliczu ilości wrażeń w książce, w każdym rozdziale, zakończenie może wydawać się niezbyt atrakcyjne, mało zaskakujące. Jednak jest właściwe dla tej powieści, dla tamtych czasów.

„T’ an vekeeren – Wszystko się może zmienić”.

I na koniec ciekawostka.  Petronella Oortmann istniała naprawdę. Była zamożną holenderską damą, do której należał miniaturowy domek opisany w książce. Zabawka wielkości kredensu znajduje się obecnie w amsterdamskim Rijksmuseum. Jessie Burton autorka powieści, zobaczyła domek prawdziwej Petronelli, zainspirowana pięknym arcydziełem, wymyśliła życie jego właścicielki i zapisała w książce.

Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem „Miniaturzystki” i szczerze polecam! Ocena 10/10

Drzewo Migdałowe. Michelle Cohen Corasanti

P1240344

    Zamknęłam ostatnią stronę i już wiem, że muszę ochłonąć, zanim sięgnę po następną książkę. Jest to jedna z tych w moim życiu, które zostają na mojej półce, tworzą moją biblioteczkę. Od razu dopisuję ją do najlepszych, które kiedykolwiek przeczytałam. Pomimo, iż uwielbiam książki nie jest łatwo mnie wzruszyć, często czytam fajną książkę i czuję pewien niedosyt wrażeń i emocji. Być może, duża ilość przeczytanych, pozwala mi stawiać takie wymagania temu co czytam. „Drzewo migdałowe” spełniła wszystkie moje oczekiwania jakie mam wobec dobrej książki.

Tłem powieści jest konflikt izraelsko – palestyński trwający ponad pół wieku. Szukam w książkach zwykłego człowieka, który ma fascynujące życie, niekoniecznie łatwe i wesołe. W tej powieści spotykamy właśnie takiego człowieka, nie chce on tej wojny, nie on ją rozpoczął. Trudny temat w łatwej, przystępnej formie. Książka, powinna zainteresować nawet tych znudzonych, czy to tematem wojny, czy konfliktem palestyńsko-izraelskim. Słyszałam nie raz w tv o tym konflikcie, trwał on długo przed moim urodzeniem i wciąż trwa.  Prawdę mówiąc nigdy nie wiedziałam dokładnie na czym on polega, kto jest winien. Dowiedziałam się o co w nim chodzi, jaki wpływ na niego miała druga wojna światowa oraz holokaust, jednak dowiedziałam się tego przy okazji, śledząc fascynujące losy pewnego arabskiego chłopca. Jakoś ostatnio mam szczęście do debiutów. „Drzewo Migdałowe” to pierwsza książka Michelle Cohen Corasanti, jednak autorka zbierała się dwadzieścia lat, aby napisać tą książkę. Została pisarką bo miała do opowiedzenia pewną historię. To kim jest autorka jest także wielką ciekawostką, o której nie miałam pojęcia sięgając po książkę. Michelle jest amerykanką z żydowsko-polskimi korzeniami. Konserwatywni Żydzi z wiadomym podejściem do kwestii palestyńskiej. Była wolnym duchem dopóki nie wyjechała na studia do Izraela. Zobaczyła jak wygląda dramatyczne życie w tym kraju. I co najciekawsze, jako Żydówka, postawiła się po stronie Palestyńczyka. Wczuła się w drugą stronę. Najlepszą, pozytywną recenzją dla książki może być to, że strona palestyńska zarzuciła jej proizraelskość, a strona żydowska propalestyńskość. Porwała mnie historia Ahmada, Palestyńczyka i to porwała od pierwszych stron. Kochająca się rodzina dzień po dniu pokonuje trudności, które stawia na ich drodze rzeczywistość, w której żyją. Zostaje im odebrana ziemia, na której od pokoleń uprawiają dorodne pomarańcze. Muszą opuścić swój dom i przenieść się do maleńkiej, jednoizbowej lepianki. Obok rośnie piękne drzewo migdałowe, które żywi ich i jednocześnie jest placem zabaw dla dzieci. Giną członkowie rodziny i to ci najbardziej bezbronni, najbardziej niewinni. Przychodzi czas gdy 12-letni Ahmad musi zatroszczyć się o matkę i młodsze rodzeństwo. Jest bardzo zdolny, interesują go przedmioty ścisłe, jednak musi wybrać miedzy nauką a pracą. Czuje nienawiść do Żydów, za śmierć rodzeństwa, odebranie rodzinie męża i ojca,  jednak stara się kierować w życiu słowami mądrego ojca, który powtarzał, że są dobrzy i źli Żydzi jak wszyscy inni ludzie. 

” Nienawiść bierze się ze strachu i braku wiedzy. Gdyby ludzie mogli poznać tych, których nienawidzą, i skupić się na tym co ich łączy, mogliby przełamać tę wrogość”. „Starałem się przestrzegać rad Baby. Zanim ocenisz człowieka, spróbuj sobie wyobrazić, jak sam byś się czuł, gdyby to samo przytrafiło się tobie”. „Zawsze w historii zwycięzcy traktowali zwyciężonych w ten sposób. Źli muszą wierzyć, że jesteśmy od nich gorsi, żeby usprawiedliwić to, jak się z nami obchodzą. Niestety, nie rozumieją, że wszyscy jesteśmy tacy sami”.    

Chłopiec dostaje szansę, aby się kształcić, jednak czy będzie w stanie zostawić rodzinę bez jego wsparcia? Czy miłość do wiedzy i nauki zwycięży nienawiść i wrogość obu narodów? Czy dane mu będzie poznać świat inny niż ten, na który patrzy od urodzenia? Bardzo wciągająca historia pokazuje nam 50 lat  z życia Ahmada, czyli większość jego życia. Jest w niej przede wszystkim cierpienie ale nie bezradność. Historia w jakże innej rzeczywistości niż nasza. Innej kulturowo, innej czasowo, wojennej. Wszyscy jesteśmy podobnymi ludźmi. Stajemy się tymi, kim jesteśmy w zależności od czasów i okoliczności, w której dorastamy. Gdy człowiekowi odbiera się jego człowieczeństwo, podstawowe prawa, jest bardzo zdeterminowany aby odzyskać godne życie, a nie potrafi docenić tego, jeśli dostaje to samo na tacy…

To prawda, że trochę przypomina ” Chłopca z latawcem”. Podobny, bezlitosny obraz świata. Książka pokazuje historię chwilami brutalną, przeplataną szczęśliwymi chwilami, prawdziwą. Choć historia Ahmada jest zmyślona to niektóre sytuacje zdarzyły się naprawdę. Przywykliśmy do pięknych historii, brutalną rzeczywistość ubarwiamy, łagodzimy. Tu jest podana bez retuszu, odbieramy ją i działa na nas tak jak powinna. Jeśli takie książki są w stanie chociaż  trochę zmienić świat, chociaż tylko nasze spojrzenie na świat, to więcej takich książek!

Oceniam dziesiątką na dziesięć.

Motyl. Lisa Genova

ksiazka, recenzja

Lisa Genova Motyl

Jaka opowieść może kryć się w książce o takim tytule? Ogromna ciekawość skłoniła mnie do przeczytania „Motyla”.

„Przyglądając się motylom latającym w ciepłym słońcu pośród stokrotek w ich ogrodzie, matka powiedziała jej: „Widzisz, mają krótkie, ale cudowne życie.” Alice lubiła wracać do tego pamięcią”.

Alice miała także naszyjnik w kształcie motyla, który dostała kiedyś od matki. Motyl kojarzy się z pięknem, nieuchwytnością oraz ulotnością…Dlatego też pewien tajemniczy plik w swoim komputerze Alice nazwała Motyl… 

    Wykładowczyni psychologii na Harvardzie, uwielbiana przez swoich studentów, ponadto światowej sławy ekspert w dziedzinie lingwistyki. Ambitna kobieta, która swojej pracy poświęciła całe swoje życie. Spełniona żona i matka trójki dorosłych już dzieci. Oto Alice Howland, główna bohaterka książki. Właśnie kończy 50 lat, jest wciąż czynna zawodowo, bierze udział w sympozjach, konferencjach, aktywna sportowo, uprawia jogę oraz jogging. I tak miało być jeszcze przez długi czas. Jednak coś się zmieniło…

Zaczyna się zupełnie niewinnie… Pewnego dnia Alice zapomina o umówionym spotkaniu, innym razem zapomina zabrać telefonu wychodząc z restauracji, zdarza jej się też zapomnieć jakiegoś słowa, gdy wygłasza wykład. Poczuła się zaniepokojona dopiero wtedy, gdy zapomniała drogi do domu podczas joggingu. Biegała przecież wciąż tą samą trasą.

Jak pewnie każdy z nas by to zrobił, Alice zrzuciła to na przemęczenie, stres, może menopauzę. Jednak lekarze po szczegółowych badaniach i testach postawili inną diagnozę, niemalże wyrok, Alzheimer o wczesnym początku.

Choroba ta kojarzy nam się z ludźmi starszymi niż pięćdziesięcioletnia Alice. Jednak u około 1-2 proc. wszystkich chorych objawy pojawiają się wcześniej, przed 65 rokiem życia. Choroba dziedziczona w genach dotknęła naszą bohaterkę. Jak pełna energii i chęci do życia Alice ma pogodzić się z faktem, że za chwilę, za miesiąc, rok zapomni nie tylko o umówionych spotkaniach, odkładaniu rzeczy na swoje miejsce, ale pewnego dnia, także imion swoich dzieci, męża? Ich twarze staną się dla niej obce. Zapomni o tym kim jest, co sprawia jej przyjemność a czego nie lubi. Alzheimer to bardzo podstępna choroba. Chory stopniowo zapomina słów, zapomina o podstawowych rzeczach; jak założyć buty, do czego służy widelec. Bywają dla odmiany lepsze dni, w których  paradoksalnie człowiek jest świadomy, że traci wiedzę o samym sobie.

Bardzo wymownych słów użył lekarz, który poinformował Alice o chorobie: „Nie jesteś wiarygodnym źródłem informacji o sobie”.

Choroba postępuje i zmusza Alice do rezygnacji z jej największej pasji, którą jest praca. Prawdopodobnie nie doczeka także chwili, gdy jej syn Tom skończy studia i zostanie kardiochirurgiem. Córka Anna, jest prawniczką i robi wielką karierę. Niedawno wyszła za mąż i planuje urodzić dziecko. Jak długo jeszcze mózg Alice będzie w stanie pamiętać, że jest z niej bardzo dumna? Czy doczeka się wnuków, na które tak bardzo czeka? Najmłodsza córka Lidia zamiast studiów wybrała aktorstwo. Alice nie jest z tego zadowolona, wciąż sprzecza się z córką, ponieważ uważa, że wykształcenie jest podstawą i kluczem do sukcesu. Jak dalej ułożą się ich relacje w oparciu o nieubłaganie uciekający czas? Trudno jest pogodzić się z tą okrutną prawdą, zarówno bohaterce, jak i jej mężowi Johnowi oraz dzieciom. Co oznacza ta bolesna rzeczywistość dla Johna, wciąż aktywnego zawodowo, uznanego naukowca. Czy będzie w stanie poświęcić swój czas, ale i dalszy rozwój kariery i zaakceptować zmiany w trybie życia, które niesie ze sobą choroba żony? Kto z najbliższych najlepiej poradzi sobie w tej trudnej sytuacji, kto nie wpadnie w panikę w obliczu choroby i stawi czoła przyszłości, na którą nie mają większego wpływu?

Gdyby Alice miała wybór, wolałaby zachorować na raka zamiast Alzheimera, wtedy mogłaby walczyć z chorobą. W chorobie Alzheimera, jedyne z czym może walczyć to ze stereotypami osoby obłąkanej, niepoczytalnej. 

W pliku „Motyl” Alice podaje instrukcje dla samej siebie, do których powinna się zastosować, gdy pewnego dnia nie będzie już w stanie wykonać prostego testu, który sobie sama codziennie rozwiązuje. Wydaje jej się, że dzięki temu zachowa swoją godność, gdy straci już pamięć i niezależność od drugiej osoby. Co zawiera ten plik i czy Alice nie zapomni o nim?

   Główna bohaterka jest jedną z narratorek książki, dzięki temu czytelnik zaczyna stopniowo”chorować” razem z Alice, zaczynamy rozumieć jak postępuje Alzheimer, jak wygląda życie z chorobą. Odczuwamy strach, ból, bunt, bezradność, dokładnie tak jak czuje to Alice, wręcz wkraczamy w jej świat.  Historia jest napisana bardzo wiarygodnie, nie jest przerysowana dlatego być może chwilami nas przeraża ale także uczy akceptacji, zrozumienia ludzi chorych.

   Amerykańska autorka powieści, Lisa Genova, jest także doktorem nauk medycznych w dziedzinie neurobiologii. Z pewnością fakt ten pomógł jej tak dobrze napisać tą książkę. Zetknęła się także z chorobą Alzheimera w swojej rodzinie, co z kolei dało jej doświadczenie, dzięki któremu tak doskonale przedstawiła nam swoją bohaterkę. Ciekawostką jest także to, że książkę wydała na własny koszt.

     Książka, od której ciężko było mi się oderwać a po przeczytaniu długo drążyła w moim umyśle. Czy myśli człowieka zdrowego będą myślami człowieka chorującego? Czy jesteśmy pewni, że to co wydaje się dla nas dobre teraz, będzie dobre wtedy gdy już nie będziemy mogli sami o sobie zadecydować? 

Książka trudna tematycznie, jednak bardzo wartościowa. Warto przeczytać. Polecam!

Marcowe fiołki. Sarah Jio

,

P1240169

Przeczytałam kiedyś bardzo piękną recenzję na temat tej książki, dlatego bardzo chciałam ją przeczytać. Tajemnicza okładka też mi się spodobała. Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, jednak  zdecydowanie przyjemniej po nią sięga.

„Marcowe fiołki” to debiutancka powieść Sary Jio. Książka została uznana przez Library Journal za jedną z najlepszych kobiecych książek roku 2011. Taki sukces.

Więc zaczęłam czytać…

Emily mieszka w Nowym Jorku, jest pisarką, autorką bestsellerowej powieści sprzed wielu lat. Jednak od tego czasu nie udało jej się napisać nic więcej, nie czuje natchnienia, nie ma żadnej, ciekawej historii do opisania. Pasmo nieszczęść sięga zenitu, gdy mąż bohaterki odchodzi do innej kobiety. Za namową swojej przyjaciółki Annabelle, Emily decyduje się wyjechać z Nowego Jorku, by oderwać się od przeszłości i odnalezć  siebie w nowej rzeczywistości. Wybiera piękną wyspę niedaleko Seattle, na której spędzała beztroskie dzieciństwo. Zatrzymuje się w domu ukochanej ciotki Bee. Znajduje tam tajemniczy, stary pamiętnik, w którym odkrywa piękną historię miłosną, która zostawia piętno na następnych pokoleniach. Pamiętnik bardzo ją wciąga i sprawia wrażenie, że dotyczy kogoś bardzo bliskiego. Emily zaczyna łączyć pewne okryte tajemnicą fakty z dzieciństwa..

Czy uda jej się połączyć elementy układanki i odkryje tajemnicę i czy pozostali członkowie rodziny otworzą się i zaczną rozmawiać o przeszłości?

Jak w każdej kobiecej powieści pojawia się oczywiście wątek miłosny, jednak kto będzie wybrankiem Emily i czy tajemnice z przeszłości nie położą cienia na nowym, młodym uczuciu?

Książka ciekawa, napisana prostym językiem, bardzo wciąga, więc szybko się czyta. Trzyma w napięciu i ciekawości nierozwikłanej tajemnicy do samego końca. Wydawało mi się, że odkryłam sekret z pamiętnika w połowie książki, jednak zostałam zaskoczona na ostatnich kartkach.

Podczas czytania tej książki, przypomniała mi się pewna sytuacja z liceum. Nauczycielka j. polskiego spytała nas po wakacjach o przeczytane książki. Dumna zgłaszam się pierwsza i z natchnieniem opowiadam o „Podarunku” Danielle Steel, widzę rozmarzone oczy koleżanek i uśmiechającą się nauczycielkę. Gdy skończyłam, usłyszałam słowa nauczycielki ” świetnie, a może ktoś przeczytał coś bardziej ambitnego?” Ałła ;-)

 

Pomimo tego skojarzenia polecam „Marcowe fiołki” jako lekką powieść, gdy chcemy się zrelaksować i uwierzyć, że i w naszym życiu każda strata staje się nową bramą.

Czarnobylska modlitwa kronika przyszłości. Swietłana Aleksijewicz

P1240306

 

Jeden z moich ulubionych gatunków literackich, reportaż. Historia XX wieku to też to co lubię. Tworząc historię idzie się czasem na oślep, dopiero następne pokolenia mogą nad nią przystanąć..

Po pierwsze jestem pod wrażeniem autorki, białoruskiej dziennikarki. Spodobał mi się jej styl pisania, niemal każde jej słowo przechodziło przez moją duszę.Właśnie tak. Spodobało mi się w jaki sposób podeszła do tematu Czarnobyla. Wydaje się, że już wszystko wiemy o tej katastrofie, jednak tak nie jest i pewnie będziemy dowiadywać się wciąż więcej.

„Między czasem, w którym doszło do katastrofy, a czasem kiedy zaczęto o niej opowiadać, powstała luka. Chwila oniemienia…”

„Efekt wstrząsu był oczywisty. Szukałam zatem tego wstrząśniętego człowieka”..

Spotykamy w książce losy pojedynczych ludzi, zwykłych ludzi, zupełnie nieświadomych, że tworzą tak tragiczną historię. Wydarzenie to wplotło się w ich życie a raczej wkradło po cichu, nie byli w stanie go ogarnąć. Nie dopuszczali myśli, że teraz wszystko będzie inaczej. Próbowali żyć normalnie, bo przecież nic się nie zmieniło. Słońce świeci, warzywa w ogródku rosną..Pragnęli kochać, uprawiać ziemię. Życie każdego człowieka opisywanego w książce nigdy nie wróciło do normy. Historie bardzo łapią za serce.

Swietłana Aleksijewicz pokazuje także obraz ostatnich dekad ZSRR. Jak mało liczył się człowiek, był tylko narzędziem do trzymania fasonu wielkiego mocarstwa. Poznajemy myślenie zwykłych ludzi, którzy mieli głęboko wpojone od najmłodszych lat bezgraniczne oddanie państwu.

Świetnie napisana książka, z pewnością sięgnę po inne książki Swietłany. „Czasy secondhand” albo „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Bardzo dobra książka.

Bogaty ojciec biedny ojciec.Robert T. Kiyosaki

P1240299

„Czego bogaci uczą swoje dzieci na temat pieniędzy i o czym nie wiedzą biedni i klasa średnia”…Brzmi ciekawie?

Poradnik finansowy, jednak bardzo ciekawy poradnik finansowy.Czyta się go jednym tchem. Naprawdę ciekawie opisana rola pieniądza w naszym życiu, jak różnie go postrzegamy i traktujemy. Żałowałam, że nie przeczytałam tej książki wiele lat wstecz, chociaż wydaje mi się, że w życiu przychodzi czas, gdy czas najwyższy przyjrzeć się swoim aktywom ;-) Wcześniej ta książka nie zainteresowałaby mnie wcale.

Poradnik nie tylko jak można stać się bogatszym, jak wydawać pieniądze prowadząc firmę ale fajne rady jak mądrze prowadzić domowy budżet. Książka zdecydowanie inspirująca do działania. I tu zależy kto czego szuka, w czym czuje się pewnie, czy jest to oszczędzanie, inwestowanie, czy jeszcze szukanie swojej drogi. Inspiruje do myślenia o przyszłości, można o to zadbać pracując na etacie, nie mając nawet majątku..jeszcze ;-) Chodzi o sposób w jaki myślimy o pieniądzu, jak go traktujemy.

„Pracownicy pracują tylko tak, by nie zostali zwolnieni, a właściciele płacą tylko tyle, by pracownicy się nie zwolnili.” To mój ulubiony cytat z książki.

Polecam.

Czesałam ciepłe króliki.

Wywiad z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską.Dariusz Zaborek

P1240172

Czytałam dużo książek o II wojnie światowej. „Dziewczynka w zielonym sweterku”, ” Dziewczynka w czerwonym płaszczyku”, ” Biegnij chłopcze, biegnij”, ” Dzieci Ireny Sendlerowej”, „Dziewczyny z powstania” ..wszystkie zostawiły po sobie ślad, smutne, przerażające, jednak wciąż sięgałam po następną wczuwając się w losy bohaterów.

Z tym samym nastawieniem sięgnęłam po tę książkę, spodziewając się cierpieć razem z bohaterką, która opisuje wojnę, działanie w konspiracji i 4 lata w obozie koncentracyjnym w Ravensbruck.

Jednak sposób w jaki bohaterka opisuje swoje losy, zaskakuje, mnie nawet z początku drażnił.  Czytałam ją jak relację z wycieczki, jakby opowiadająca patrzyła na wszystko z boku, oglądała w kinie a nie przeżywała to sama. Relacje są ciekawe,dokładnie opisane, jednak gdzie ten dramatyzm?!

Gdy przeczytałam książkę, pozostawałam długo pod jej wrażeniem, siedziało we mnie pytanie czy naprawdę tak można? Czy może tak jest lepiej,wierzyć w lepsze jutro, gdy inni już przestali,może tak jest łatwiej, godniej..Czy może to cecha naszych czasów ten pesymizm..

Z pewnością taki optymizm zaskakuje, nie każdy tak potrafi. Książka daje do myślenia, może warto czasami wziąć życie jakim jest..znalezć lepsze strony w każdej sytuacji.

Polecam, książka warta przeczytania.

 

 

Nowy rok, nowe wyzwania.

Jest! Przyszła paczka z książkami. Ciężka, jak słodki to ciężar  ;-)
Na jakiś czas będzie co czytać, no i o czym pisać..tylko którą wybrać pierwszą?

Pierwszą, poważną, samodzielnie przeczytaną książką w moim życiu była „Dzieci z Bullerbyn” Zachwyciłam się nią tak, że jeszcze parę razy ją czytałam. Tak zaczęła się moja miłość do książek.
Podjęłam wyzwanie 52 książki w tym roku,nie zastanawiam się czy dam radę, postaram się. W końcu czytam dla przyjemności a nie na wyścigi. Nigdy nie liczyłam przeczytanych książek może czas zacząć :-)

P1240168